Zakładki

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nigrum Cor II. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nigrum Cor II. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 listopada 2016

Epilog

Księżyc odbijał się w jednej z nielicznych już kałuży po wczorajszej ulewie. Dookoła było zupełnie cicho i spokojnie. Jakiś kot przeleciał szybko przez uliczkę na przyczajonych łapkach, zostawiając za sobą mokry ślad odbijanych na asfalcie opuszków. Gdzieś na końcu alejki mrugała lampa o na wpół zepsutej już żarówce, rzucając co i rusz żółtawą poświatę na okoliczne ściany poszarzałych budynków i walające się gdzieniegdzie śmieci.
Nagle ład i harmonię opustoszałych uliczek zaburzył przeraźliwy pisk. Nie był to ludzki krzyk, a dziki odgłos wydawany przez zwierzę na skaju desperacji, ostatnia deska ratunku przypartej do ściany pierwotnej istoty. Na chwilę znów zapanowała cisza, lecz stworzenie odezwało się ponownie. Mrożące krew w żyłach skowyczenie bestii było coraz bardziej desperackie i chaotyczne.
Dwie przecznice dalej, na zagraconym placyku, wokół słupa skakała niemal niewidoczna w chwilach bezruchu bestia. Była wielkości dużego wilka, ale masywniejsza od niego. Miała czarne, długie futro, puszysty ogon i lodowato błękitnie ślepia, w których widać było panikę. Zwierz szarpał się przy ledwie widocznym słupku i dopiero po momencie przyglądania się stworzeniu można było zobaczyć, że sierść dookoła jego szyi jest polepiona w strąki. Wtedy też człowiek zauważał brunatne, mieniące się w księżycu plamy na betonie i migającą od czasu do czasu linkę. Uświadamiał sobie, że potwór jest uwiązany i nie może się zerwać z pęt.
Zwierzę zawyło, zadzierając łeb wysoko do góry, po czym szarpnęło się kolejny raz i syknęło z bólu. Po jego sierści pociekła kolejna strużka krwi.
Walka była nierówna i stworzenie wydawało się zdawać sobie z tego sprawę. Uporczywie jednak szamotało się, walcząc o wyzwolenie z całych, ulatujących z niej, sił. W końcu jednak musiał nadejść kres tym jednostronnym bojom. Zwierzę upadło na bok, dysząc ciężko. Próbowało jeszcze zarzucić łbem, czy przegryźć srebrzystą linkę, ale na nic się to zdawało.
Stwór patrzył jeszcze chwilę przed siebie pełnymi nienawiści, zachodzącymi mgłą oczyma, ale w końcu zupełnie stracił przytomność i jego powieki opadły, a wyraz pyska nieco się rozluźnił.
 Nagle coś syknęło wokół bestii. Zerwał się wiatr, podrywając w górę czarne drobiny kurzu i wyrwane kłaki sierści, a gdy po chwili opadły, zwierzęcia już nie było. Na jej miejscu leżał drobny, nagi chłopak. Właściwie jeszcze dziecko. Czarne, długie włosy zakrywały jego bladą, szczupłą twarz wykrzywioną w grymasie cierpienia. Jego szyja i barki były aż czarne były od krwi, ale wyraźnie jeszcze żył, bo od czasu do czasu przez drobne ciałko przechodził dreszcz zimna, gdy nieprzytomny organizm walczył o utrzymanie właściciela na tym świecie.
Do świtu brakowało jeszcze trzech godzin...

-------------------------------------------------------------------------------------------------------
Tym oto akcentem kończymy sezon 3. Rozpiska na nadchodzące dni już na swoim miejscu. Teksty dodatkowe będą się pojawiać bez zapowiedzi (mogę o nich informować).

sobota, 5 listopada 2016

Proelium XV

To nie był żaden wypadek!

To twoja wina. To ty mnie zabiłeś.

Przynieś mi moją walizkę.


Przeciągnąłem się w łóżku i sięgnąłem ręką do łba Xiaogou, teraz zmienionego w swoją zwierzęcą postać ciemnorudego psa z białym podpalaniem i podrapałem go za uchem. Ku mojemu zdziwieniu, zwierzęcy Xiaogou nie przypominał pospolitego kundla, ale miał dość szlachetną sylwetkę około dwudziestokilowego psa o wyglądzie nasuwającym na myśl husky’ego z jedwabistą, długą sierścią szpica niemieckiego i kitowatym ogonem jak u tego drugiego. Szczeniak jedynie wygiął nieco szyję, podkładając mi się pod rękę.
Ostatnie kilka dni należały chyba do najgorszych psychicznie od czasu śmierci ojca. W zasadzie, to można by spokojnie powiedzieć, że historia lubi się powtarzać, i to dość dokładnie. Siedziałem lub leżałem, ciągle gapiąc się w jedną i tę samą ścianę. Chyba znałem już na pamięć cały układ plam i przebarwień pastelowozielonej farby pokrywającej ją.
Przez pierwsze dwa dni trzy razy próbowałem się zabić w mniejszym lub większym stopniu. Pierwszy raz - w łazience, przecinając żyły nożyczkami - skończył się w zasadzie na samym zamiarze. Byłem jeszcze zbyt przestraszony możliwością zabicia się, by wykonać decydujący krok. Do drugiego razu doszło jeszcze tego samego dnia wieczorem tuż po przebudzeniu się. Wizyjne wspomnienie treningu kontroli zwierzęcych odruchów z ojcem i pierwszego spotkania z Chue… tego było za wiele. Nie wytrzymałem i gdy tylko sięgnąłem do leżącego niedaleko mnie kuferka z lekami i narkotykami, moje palce same zeszły na resztki tritlenku diarsenu. Okazało się jednak, że niebieskie ziele od Xin’ai zostało już zneutralizowane, więc mój organizm był prawie w normalnym stanie. Trucizna, zamiast zabić, wywołała jedynie wymioty. I w końcu trzecia próba… najbardziej udana. Po kolejnej nic nie dającej dawce jakiegoś środka nasennego omsknęła mi się ręka i butelka ze specyfikiem trafiła w metalową klapę od kuferka, roztrzaskując się. Nawet nie myślałem, co robię. Przerysowanie odłamkiem szkła po nadgarstku i przyłożenie go do kubka z gorącą herbatą okazało się łatwiejsze niż za pierwszym razem. Ból zagłuszał wszystko inne, włącznie z wyrzutami sumienia. Gdybym tylko był wtedy sam, to…
Ale nie byłem sam.
Dotknąłem ostrożnie dwoma palcami bandaża na lewej ręce. Musiałem przyznać Soujirou, że widać było umiejętności syna lekarza. Na szczęście ostatkami zdrowego rozsądku udało mi się powstrzymać kochanka przed zabraniem mnie do szpitala i uniknąć badań krwi.
- Widzę, że się już obudziłeś, kochanie - stwierdził Soujirou, wchodząc z salonu do swojego pokoju, gdzie spędzałem większość czasu poza krótkimi pobytami w łazience lub kuchni. Mężczyzna niósł drewniany stolik śniadaniowy z jakimiś półmiskami na nim. - Można by nastawiać zegarki według twojego zegara biologicznego, wiesz? - rzucił wesoło, stawiając stolik na szafce obok i całując mnie w czoło. Jeśli mogłem mówić o jakichkolwiek pozytywach obecnej sytuacji, to byłaby to ta granicząca z uporczywością czułość, którą mężczyzna nagle w sobie odkrył. Drobne pocałunki na przywitanie i pożegnanie, niby-przypadkowe otarcia dłoni o dłoń, czułostki w języku…
Tak, to zdecydowanie było to, co sprawiało, że jeszcze nie sięgnąłem dna i chciałem skreślać kolejne kartki kalendarza zamiast w niego kopać. Ale równocześnie było to coś, co najbardziej mnie przerażało. Jeszcze nigdy nie spotkałem się z takim traktowaniem ze strony jakiegokolwiek mężczyzny. Zupełnie nie wiedziałem, jak powinienem się zachowywać i jakie są reguły gry, która się toczyła z moim uczestnictwem i w zasadzie bez pytania o moją zgodę.
- Zwykły instynkt zwierzęcy - stwierdziłem, podciągając się lekko na poduszkach. Syknąłem, gdy powoli układająca się skóra pod bandażem rozsunęła się, powodując przeszywający ból w nadgarstku.
- Uważaj, kochanie - niemal natychmiast Soujirou złapał mnie za ramiona tak, żeby odciążyć ręce i pomógł się podnieść. - Nie możesz po prostu powiedzieć, hm? Wiesz, że bym ci pomógł.
- Nie jestem kaleką - prychnąłem, zirytowany na własną nieporadność. Dlaczego byłem taki głupi i nie wykorzystałem pełni póki mogłem…
- Wiem, skarbie - wyszeptał Soujirou, całując mnie we włosy. - Ale i tak powinieneś na siebie uważać… Myślisz, że jestem szczęśliwy, widząc, jak cierpisz?
- Tego nie powiedziałem - coraz mniej mi się podobało, w jakim kierunku zmierzała rozmowa. Ostatnią rzeczą, jakiej chciałem, było sprawianie Soujirou dodatkowych problemów. Uśmiechnąłem się blado na pokaz. - Przepraszam, będę na siebie uważał.
- Od razu lepiej, skarbie - mężczyzna uśmiechnął się ciepło i pogładził mój policzek, zgarniając mi włosy za ucho. - Hei, mój mały lisku, wiem, że ostatnio dużo się na ciebie zwaliło i nie chcę naciskać. Myślisz, że jesteś w stanie iść jutro do szkoły? Wiem, że nie masz do tego głowy, ale przynajmniej obecności będziesz miał, może coś zapamiętasz. To jak? - wzruszyłem tylko ramionami.
- Do niczego mi to nie jest potrzebne - wymruczałem w końcu. - I tak już raz oblałem rok, drugi wte czy wewte nie robi różnicy.
- Nie mów tak, spokojnie dasz radę - Soujirou przysunął się do mnie na łóżku i objął w pasie. - Jesteś mądrym chłopcem, mój mały lisku. Nie chciałbyś już rok za rok zacząć studiów, hm? Może medycyna albo chemia? - prychnąłem na te słowa. Jeszcze tylko tego mi brakowało do zupełnego wybicia wszystkiego, co się rusza w okolicy Tokio.
- Już aż za dobrze znam się na truciu ludzi, wiesz? - odwróciłem wzrok na ścianę, zaciskając pięść zdrowej ręki, żeby powstrzymać się od płaczu. Nie chciałem martwić Soujirou swoim kolejnym napadem depresji.
- Przepraszam, nie to chciałem powiedzieć - wymruczał mężczyzna i objął mnie, przytulając do siebie. - Po prostu myślałem, że to do ciebie najbardziej pasuje. I to w zupełnie drugą stronę, niż ci się wydaje. Pamiętasz, jak przyprowadziłeś Xiaogou? Wiedziałeś, co robić, jeszcze zanim zbadała go Miyako-sensei.
- Nie chciałem trupa we własnym domu - wzruszyłem ramionami. Prawdę mówiąc, do dzisiaj jeszcze nie rozumiałem, dlaczego w ogóle zgodziłem się na zabranie go od Zu do siebie, zamiast zgubić gdzieś w środku miasta. Przecież nie z altruizmu.
- A potem? Przecież mogłeś go porzucić, zostawić u Miyako-sensei lub „zapomnieć” o czymś i trafiłby do szpitala. Hei - mężczyzna ujął moją twarz w dłonie, zmuszając do popatrzenia prosto na niego. - Naprawdę nie wiem, dlaczego tego nie widzisz, ale jesteś naprawdę dobrym człowiekiem. Tylko boisz się, że ktoś to wykorzysta przeciwko tobie, więc większość osób tego nie dostrzega. Nie bój się, jestem przy tobie.
- Nawet nie wiesz, o czym mówisz - prychnąłem, wyrywając się mężczyźnie. - Tylko jedna osoba wcześniej miała takie zwariowane pomysły jak twoje. Dobrze z tym nie skończyła.
- Mówisz o Chue? - spytał ostrożnie mężczyzna, a ja aż zesztywniałem. Nie przypominałem sobie, żebym opowiadał kiedyś Soujirou o chemiczce. - Kilka razy mamrotałeś jej imię przez sen - Soujirou roześmiał się, najprawdopodobniej z mojej reakcji. - Opowiesz mi o niej?
- Wolałbym nie - odpowiedziałem szybko. Zbyt szybko i nawet Xiaogou to zauważył, bo uniósł wysoko łeb i spojrzał na mnie pytająco.
- Hei, naprawdę myślę, że nie powinieneś wszystkiego trzymać w sobie. Jestem dorosłym mężczyzną, dam sobie radę - mężczyzna rozczochrał mi czule włosy. - A ty potrzebujesz się wygadać, zdecydowanie zbyt dużo starasz się udźwignąć sam.
Xiaogou zastrzygł uszami i zeskoczył z łóżka, truchtem wybierając z pokoju. Po chwili wrócił w ludzkiej postaci, trzymając w dłoniach komórkę Soujirou. Podał ją mężczyźnie, po czym zmienił się z powrotem w psa i ułożył w moich nogach na kołdrze, jak gdyby nigdy nic. Soujirou spojrzał na mnie pytająco, a ja się uśmiechnąłem, drapiąc Xiaogou za uchem w geście pochwały.
- Mówiłem ci przecież, że nauczyłem go kilku przydatnych sztuczek, prawda? - zachichotałem, widząc osłupiałą minę mężczyzny. - Nie myślałeś chyba przecież, że tresuję sobie psa bojowego, co? Nie zawsze mam jak się ruszyć po telefon, a dzieciak ma słuch lepszy nawet od kokko.
- Czyli, jak rozumiem, to siadanie obok fotela jak gdzieś idziemy to też twoja sprawka? - mężczyzna uniósł znacząco brew.
- Akurat to nie. Podłapał chyba od Monstera, ale pewny nie jestem - stwierdziłem, kolejny już raz wzruszając ramionami. - Sprawdzisz wreszcie ten telefon?
- A, tak tak, już - mruknął Soujirou, odblokowując ekran Callfona. Przez chwilę skupił się na wiadomości, po czym cmoknął niezadowolony.
- Kumiko chce, żebym przyjechał do niej, bo ma coś ważnego do przegadania. Dasz sobie tutaj radę sam z Xiaogou? - spytał, wstając i podchodząc do szafy z ubraniami.
- Tak, pse mamy - teatralnie pokiwałem głową jak małe dziecko. Mężczyzna prychnął śmiechem.
- Widzę, że poczucie humoru ci wróciło, nie będzie aż tak źle - nie przejmując się obecnością mnie i Xiaogou, Soujirou ściągnął z siebie piżamę i zaczął naciągać bieliznę. Ubranie się w przecierane spodnie i o ton jaśniejszą jeansową koszulę zajęło mu chwilę, podczas której mogłem popodziwiać jego sylwetkę. Mimo że wyjątkowo nie miałem ochoty na seks, sam widok idealnie zbudowanego ciała przyprawiał mnie o lepszy nastrój. - Hei, możesz mi coś obiecać? - spytał poważnie, gdy w końcu dopiął ostatni guzik bluzki.
- Cokolwiek - odpowiedziałem bez namysłu.
- Obiecaj mi, że nie będziesz próbował sobie nic zrobić, gdy mnie nie będzie, dobrze? Sama myśl, że mógłbym wrócić i zobaczyć cię martwego… - Soujirou zacisnął pięści, spuszczając wzrok w kąt pokoju.
- Nie martw się, już mi przeszło - stwierdziłem miękko, wstając i podchodząc do mężczyzny. Sięgnąłem jego policzka i pogłaskałem wierzchem dłoni. - Dzięki tobie. Powiedz tylko, że wrócisz i mnie nie zostawisz, a będę czekał choćby i rok.
- Dwie, trzy godziny w zupełności powinny wystarczyć - aktor ujął moją dłoń w swoją i pocałował ją, ledwo muskając skórę ustami.

Dobiegała powoli trzynasta. Po raz kolejny zerknąłem na zegarek, nie mogąc się doczekać, kiedy wreszcie wróci Soujirou. Mężczyzna zadzwonił jakieś trzy godziny temu i powiedział, że do południa na pewno przyjedzie. Nie przyjechał. Zaczynałem się już poważnie denerwować, czy nic mu się nie stało. Może miał jakiś wypadek na drodze? Może zaatakował go jakiś psychofan? Albo Zu sobie przypomniał o groźbie, jaką mi składał jeszcze nie aż tak dawno temu? Kurwa, dlaczego to zawsze musi się przydarzać komuś z mojego otoczenia?!
Miałem właśnie do niego zadzwonić, gdy usłyszałem dzwonek do drzwi. Wszyscy zawsze używali domofonu, więc z ulgą przyjąłem fakt, że to Soujirou się wreszcie pojawił, a wcześniej pewnie stał w jakimś korku. Gdy jednak otworzyłem drzwi, zastałem na korytarzu nie ukochanego, a jakiegoś mężczyznę w średnim wieku w grafitowym garniturze wiszącym na nim jak na wieszaku, zaczesanych na pożyczkę włosach i odstających uszach dodatkowo podkreślonych okularami w ciężkich oprawkach.
- Pan Heisuke Tsukigami? - mężczyzna kiwnął mi głową formalnie.
- Hei. Tak, to ja, o co chodzi? - spytałem podejrzliwie. Nie przypominałem sobie, żebym informował jakąkolwiek organizację o tym, że nie mieszkałem w dotychczasowym miejscu, a u kochanka.
- Nazywam się Akihito Sanori. Przysyła mnie Toguchi-sensei, pański prawnik - odpowiedział i sięgnął do czarnego nesesera, dotychczas trzymanego kurczowo w lewej dłoni. Niezgrabnie wygrzebał z niego dużą, białą kopertę, na której od razu zauważyłem bardzo charakterystyczne dwa srebrzyste paseczki taśmy używanej w sądzie do zabezpieczania pism. - Toguchi-sensei kazał mi przekazać panu ten dokument, twierdząc, że będzie pan wiedział, co to jest. Kazał mi również wytłumaczyć panu ewentualne nieścisłości, jeśli nie rozumiałby pan czegoś z języka prawniczego. Mogę wejść? - spytał, wskazując ręką na wnętrze domu. Zerknąłem za siebie, zauważając przy okazji głowę wyglądającego zza ściany ciekawie Xiaogou.
- Wolałbym nie, dam sobie jakoś radę sam - odpowiedziałem po chwili, zbierając myśli. Nie miałem w sobie tyle odwagi, by otworzyć pismo z wyrokiem podczas nieobecności Soujirou.
- Nalegam, Toguchi-sensei chcia…
- Powiedziałem już, że nie - przerwałem mu ostro, a Xiaogou za mną zawarczał krótko. - Poradzę sobie sam. Jeśli to jakiś problem, to proszę powiedzieć Sano-ojisanowi, że otworzyłem list przy panu, nie wydam pana, że było inaczej. A teraz proszę już sobie iść - stwierdziłem sztywno, powstrzymując chęć zamknięcia drzwi przed nosem prawnika.
- Jak pan sobie życzy - stwierdził w końcu mężczyzna z westchnieniem. - Proszę chociaż wziąć moją wizytówkę i w razie wątpliwości zadzwonić - orzekł, wyciągając nie do końca wiadomo skąd wizytówkę na bielutkim papierze kredowym.
- Oczywiście. Do widzenia - wziąłem szybko podawaną mi wizytówkę i spojrzałem wymownie na mężczyznę.
- Do widzenia - odpowiedział nieco niezadowolony, ale na moje szczęście odszedł. Gdy tylko zamknąłem za nim drzwi, osunąłem się po nich, siadając w kucki.
Poczułem na ręce coś chłodnego i wilgotnego. Podniosłem wzrok i zobaczyłem, że Xiaogou trąca mnie nosem w swojej psiej postaci, kładąc po sobie uszy. Spróbowałem się uśmiechnąć, ale niezbyt mi to wyszło.
- Wszystko w porządku, maluchu - wymamrotałem, przyciągając psa do siebie i wtulając się z jego ciepłą sierść. Wbrew moim słowom, wcale nie czułem się w porządku. Nie podejrzewałem do tej pory, że mogę aż tak bardzo się bać zobaczenia wyroku, na którym przecież już mi nie zależało. A przynajmniej tak myślałem do tej pory. - Wszystko w porządku - powtórzyłem ponownie, chcąc zakląć rzeczywistość. W odpowiedzi Xiaogou ziewnął szeroko, a po korytarzu rozniosło się echo rytmicznego uderzania ogonem o ścianę.
Siedzieliśmy tak ładną chwilę: ja skulony, a Xiaogou popiskując i ziewając od czasu do czasu, uspakajając mnie po psiemu. W pewnym momencie nad naszymi głowami rozległo się charakterystyczne kliknięcie otwieranego zamka. Mimo strachu wywołanego przez otrzymanie pisma, poczułem ulgę, gdy mój Soujirou się wreszcie pojawił z powrotem. Zerknąłem w górę i, ociągając się, wstałem na zwiotczałe nieco nogi.
- Już jesteś - stwierdziłem, starając się zachować spokój w głosie. Mimo to, mężczyzna od razu zauważył, że coś jest nie tak, bo przytulił mnie mocno.
- Ktoś tu był - stwierdził, prowadząc mnie w stronę salonu.
Gdy się tam znaleźliśmy, położyłem na stole nieco już wymiętą kopertę. Soujirou tylko zerknął na nią przelotnie i uśmiechnął się ciepło do mnie.
- Będzie dobrze, mój mały lisku - stwierdził, sadzając mnie na kanapie. Klęknął przede mną i pomasował kciuki moich dłoni. - Chcesz ją otworzyć? - spytał po chwili, gdy już się trochę rozluźniłem.
- Sam nie wiem… Chyba powinienem - mężczyzna uniósł się na rękach, żeby sięgnąć mojego policzka i pocałował go.
- W takim razie idę zaparzyć herbatę i razem zobaczymy, co ci przysłali, hm?
- Czekaj - złapałem wstającego mężczyznę za nadgarstek, zatrzymując go. - Ja to zrobię, kontakt z ziołami dobrze mi zrobi. Chcesz coś szczególnego, czy wolisz zwykłą herbatę?
- Zdam się na twój smak - odpowiedział wesoło, siadając.
Przeszedłem do kuchni i sięgnąłem do szafki z herbatami. Przed moją wprowadzą kuchnia Soujirou była niemal niezagospodarowanym terenem i poza sprzętem naprawdę dobrej jakości trudno było w niej cokolwiek znaleźć - żadnych przypraw, mięsa, produktów suchych, czy kartek z przepisami. Teraz prawie brakowało miejsca w szafkach. Wyciągnąłem prasowane listki melissy i suszone w całości różowe kwiaty chryzantem.
- Jesteś głodny? - spytałem, sięgając po dwie szklane filiżanki z przydymianym na biało dołem. Naprawdę nie miałem pojęcia, skąd Janette wytrzasnęła ten komplet, ale dość szybko stał się moim ulubionym. - Przygotowałem lassagne z łososia, trzeba ją tylko jeszcze upiec.
- To nie masz ochoty na wyjście do restauracji? - spytał Soujirou, a ja zawahałem się przez chwilę, stawiając szklaną zastawę na blacie.
- Na obiedzie dzień się nie kończy, prawda? - spytałem w końcu figlarnie i zalałem ułożony w prosty wzór susz. Nie miałem przeszkolenia w tworzeniu kwitnących herbat, ale mimo to znajomość z Jyuuro objawiała się różnymi dziwnymi umiejętnościami.
- To co? Otwieramy? - spytałem w końcu niepewnie, gdy postawiłem na stole w salonie filiżanki.
- Wszystko zależy od ciebie, mój mały lisku - w odpowiedzi kiwnąłem jedynie powoli głową. Wypuściłem powietrze z ust ze świstem i wziąłem do rąk kopertę. Zerknąłem jeszcze na Soujirou, a gdy ten kiwnął zachęcająco głową, podważyłem języczek koperty paznokciem i powoli ją otwarłem.
W środku znajdowały się dwie kartki zapełnione drobnym, nieco pochyłym drukiem. Jedna była w języku angielskim, druga japońskim i, sądząc po nagłówkach, zawierały dokładnie tę samą treść. Odłożyłem obcojęzyczne pismo i z pięścią zaciśniętą na spodniach Soujirou zacząłem czytać.
„[…] Sąd rejonowy w Ikebukuro po rozpoznaniu sprawy z powództwa Sayie Tsukigami-Honami przeciwko Heisuke Tsukigami z artykułu 275 par. 32 […] orzeka o niezasadności powództwa i oddala je w całości. […] Zasądza się równocześnie zwrot zasiłku małżeńskiego w kwocie ¥100 000 w ratach miesięcznych […] oraz obciąża kosztami sądowymi powódkę. […]”
Siedziałem przez chwilę, wlepiając się bezmyślnie w papier.
- Souji, to znaczy, że… - zacząłem w końcu. Cały czas nie mogłem uwierzyć w to, co właśnie miałem przed oczyma. Byłem pewny, że to tylko wymysł mojej zszarganej wyobraźni.
-    To znaczy, że możesz mi spokojnie oddać już zegarek mamy - stwierdził mężczyzna, całując mnie we włosy i przytulając od tyłu. - Wiedziałem, że ci się uda. Szkoda tylko, że takim kosztem.


Oblizałem dyskretnie usta i złożyłem sztućce na talerzu. Souji jeszcze kończył swoją porcję lasagne, a Xiaogou dzióbał rozgrzebaną po całym talerzu maź. Sięgnąłem po zimną już resztkę herbaty, obserwując kochanka. Nawet w tak prozaicznej czynności jak jedzenie miał w sobie coś czarującego. Zwykliśmy jeść w ciszy, dlatego poczekałem, aż mężczyzna zje, po czym zabrałem całą zastawę do umycia.
- Dalej żałujesz, że nie poszliśmy do restauracji? - zapytałem sugestywnie, mrużąc oczy.
- Ani trochę, mój mały lisku. Wątpię, by w Tokio znalazł się szef kuchni dorastający do pięt mojemu kuchmistrzowi - stwierdził i wyciągnął przed siebie ręce, sugerując, bym usiadł mu na kolanach. Bez najmniejszego zawahania to zrobiłem, zaplatając ręce na szyi mężczyzny. W przeciwieństwie do ubiegłego tygodnia, wreszcie czułem, że chce mi się żyć. Wyrok zupełnie pogrążający raszpę i obecność mojego ukochanego mężczyzny były wszystkim, czego teraz potrzebowałem.
- To jak tak dobrze mi poszło, może się gdzieś wybierzemy, hm? Masz kilku znajomych w teatrach, może by ci się udało coś załatwić - stwierdziłem mruczącym tonem.
- Wiedziałem, że ci się poprawi humor - stwierdził Soujirou, głaszcząc mnie w pasie. - A nawet, gdyby nie, to miałem zamiar ci go poprawić i zrobiłem już kilka rezerwacji. Wiem, że zawsze zajmujesz się swoimi pazurkami sam, ale może miałbyś ochotę wyjątkowo na wizytę u kosmetyczki, z którą pracuję czasem na planie? Musiałem trochę jej obiecać, ale zwolniła sobie dzisiejsze popołudnie. A potem…
- A potem? - spytałem, przejeżdżając palcem po policzku mężczyzny.
- A potem sprawdzimy, jak te pazurki zachowują się w praktyce. Chyba, że masz już zajęty wieczór - Soujirou pocałował mój palec, gdy ten zetknął się ze skórą na ustach mężczyzny. Uwielbiałem, gdy mężczyzna się ze mną droczył. Zupełnie, jak gdyby Soujirou-aktor i uwodziciel brał górę nad Soujirou-pedagogiem. Kochałem obu Soujirou'ów, ale to ten pierwszy doprowadzał mnie do szaleństwa.
- Chyba nie mam większego wyboru, prawda? - zachichotałem. - A co z Xiaogou? Nigdy nie zostawał na całą noc sam.
- Tym też się zająłem. Xiaogou bardzo chętnie spotka się z Monsterem i Jyuuro. Prawda, maluchu? - Xiaogou podniósł głowę znad talerza i popatrzył na nas, nie do końca wiedząc, czego się od niego wymaga. Oboje się roześmialiśmy. - Ale miło, że zaczynasz się interesować Xiaogou.
- Po prostu nie lubię remontów jak zdemolowałby całe mieszkanie - odpowiedziałem po chwili speszony.
- Oczywiście, mój mały lisku. To co, dam ci pół godzinki na odświeżenie się i porywam cię do Molly.

- Musisz się spotkać wreszcie z Lilly, wiesz? - przygryzłem figlarnie język, wyglądając przez okno. Od jakiś prawie trzech kwadransów siedzieliśmy w Mitsubishi, powoli jadąc w stronę Tamy. Nie… „jadąc” zdecydowanie nie było odpowiednim słowem. Okazało się, że mieliśmy wyjątkowe ostatnimi czasy szczęście trafić na dwa wypadki samochodowe, dzięki czemu więcej czasu staliśmy w korku niż poruszaliśmy się. - A z Danielem już zwłaszcza. Osobiście spotkaliśmy się może ze trzy razy, ale tobie by się przydała znajomość z nim.
- To znaczy? - naprawdę podziwiałem, jak Soujirou mógł cały czas patrzeć przed siebie skupiony niczym przy jeździe dwieście na godzinę, podczas gdy dociskał hamulec do podłogi.
- Nie znam szczegółów, ale jest jakimś reżyserem, czy coś takiego. Sądząc po tym, że ostatnio większość czasu spędza w Ameryce i Europie, pewnie popularnym - wzruszyłem ramionami. Mimo że lubiłem chodzić do teatrów, jeszcze nie natknąłem się na nic reżyserowanego przez kochanka Lilly, chociaż ponoć był rozchwytywany. - Daniel Kitomi, jeśli cokolwiek ci to mówi.
- Daniel Kito… TEN Kitomi?! - Soujirou po raz pierwszy zupełnie przeniósł wzrok z ulicy na mnie. - W sensie ten od ostatniej wersji teatralnej "Moulin Rouge" w Paryżu i inscenizacji "Zewu Chtulhu" w San Diego Musical Theatre?
- Chyba tak. Lilly wrócił może ze dwa tygodnie temu z San Diego, więc pewnie chodzi o tego - stwierdziłem beznamiętnym tonem. Szczerze mówiąc, nie podobał mi się ten błysk w oku Soujirou. - Rozumiem, że to ktoś ważny?
- Nie mów tak, mój mały lisku - mężczyzna uśmiechnął się w jakiś taki dziwny sposób, ale nie wiedziałem, co to miało oznaczać. - Kitomi jest cholernie znany, każdy chce dla niego grać. Chyba po to proponowałeś mi spotkanie z nim, prawda?
- I zaczynam tego żałować - prychnąłem, odwracając wzrok w stronę szyby.
-    Hej, Hei, nie mów tak. Wiesz przecież, że interesujesz mnie tylko ty - poczułem dłoń mężczyzny na moim udzie. - No, spójrz na mnie, mój mały lisku.
- Jak znam Lilly, to pewnie ma go okręconego wokół palca, ale jeśli tylko chociaż spróbujesz…
- Nie spróbuję. Trochę zaufania do własnego mężczyzny, co? - Soujirou mrugnął mi zalotnie i zwrócił wzrok przed siebie. Wreszcie mogliśmy przejechać przez korek na otwartą ulicę. - Chyba już przerabialiśmy wystarczająco dużo razy ten sam temat, prawda, mój mały lisku? Zrelaksuj się i nie myśl już o niczym. Dalej chyba będzie już przejezdnie, więc powinniśmy dość szybko dojechać. Okolica Molly jest dość… ekscentryczna, więc przejdziemy się pieszo kawałek, dobrze?
- Jasne - mruknąłem, opierając głowę o zagłówek fotela i przymykając oczy. - Włączysz jakąś muzykę?
- Pasuje ci jazz?
- Cokolwiek - mruknąłem, unosząc nieco powieki. - Nie lubię ciszy.
Nie mówiliśmy już więcej nic, standard jazzowy na saksofonie w zupełności wystarczał, by wypełnić pustkę i rozluźnić atmosferę. Nie przepadałem jakoś za jazzem, ale ten utwór był wyjątkowo znośny. Może po prostu do tej pory źle szukałem. Tak, jak Soujirou przewidywał, piosenka nie zdążyła dolecieć do końca, a mężczyzna zatrzymał się i wyłączył silnik.
- Hei, jesteśmy już na miejscu - oznajmił, klepiąc mnie delikatnie po ramieniu.
- Mhm, słyszę - odpowiedziałem mu luźno, odpinając po omacku pas. Wysiedliśmy z samochodu i rozejrzałem się po okolicy. Zatrzymaliśmy się przy czymś, co potrafiłem określić jedynie jako cmentarzysko robotów po obu stronach wąskich uliczek osiedlowych. - Jesteś pewny, że to dobry adres?
- Mówiłem ci, że Molly mieszka w dość wyjątkowej okolicy - stwierdził Soujirou ze śmiechem. - Jej mąż jest konstruktorem instalacji mechanicznych, czy jakoś tak, więc ustawia wszędzie po okolicy te swoje rzeźby. Ale poza tym jest zupełnie fajnym gościem, kilka razy pomagał nam przy scenografii.
- Ale ona jest normalna, tak? - spytałem ostrożnie, wywołując jeszcze większą wesołość aktora.
- Nie martw się, nic nie zrobi twoim drogocennym pazurom.
- No ja mam nadzieję - prychnąłem, udając obrażonego. Soujirou chwycił mnie za nadgarstek i pociągnął za sobą.
- Chodźmy już, Molly pewnie będzie jak zwykle narzekać, że nie pojawiłem się na czas - stwierdził tylko z chichotem.
Soujirou poprowadził mnie krętymi uliczkami dość spokojnego osiedla. Gdyby nie te dziwaczne figury stojące co kilkadziesiąt metrów, powiedziałbym, że nie było w okolicy nic dziwnego. Kilka razy spotykaliśmy jakieś starsze małżeństwo, czy grupkę nastolatków, którzy zwracali uwagę na Suojirou, ale ten ze zwinnością aktora pierwszej klasy zbywał ich jednym, czy dwoma krótkimi zdaniami.
Przechodziliśmy właśnie przez most ponad dołem o niezbyt zidentyfikowanym celu istnienia, gdy do moich uszu dotarł przeraźliwy wrzask. Oboje z Soujirou odwróciliśmy się w stronę krzyku i to, co zobaczyłem, zmroziło mi krew w żyłach. W zaułku za kubłami na śmieci zobaczyłem mężczyznę w średnim wieku atakującego nożem jakiegoś skulonego pod ścianą chłopaka. Nie byłyby to dla mnie aż tak szokujące, gdyby nie fakt, że atakowany przykrywał się skrzydłem, wyraźnie jego, prawdziwym skrzydłem. Łowca!
Zareagowałem nim zdążyłem pomyśleć, co robię.

Od ziemi się odbiłem, na człowieka z obnażonymi kłami skoczyłem. W ustach słony smak krwi poczułem, moje szczęki na przedramieniu mężczyzny się zaciśnęły, aż do kości promieniowej docierając. Mężczyzna nożem się zamachnął, na kilka kroków odskoczyłem, wysoko do góry napuszony ogon uniosłem, syknąłem. Sprężystym skokiem człowieka zaatakowałem, masą ciała go na ziemię przewróciłem. Mnie zaatakować spróbował, jego rękę do ziemi przycisnąłem, ciężar ciała na łapę położoną na jego nadgarstku przenosząc. Ze złością zaszczekałem, zębami sięgnąć jego gardła spróbowałem. Się szamotał, mi jedynie go w żuchwę drasnąć się udało. Poirytowany warknąłem.
- Hei, nie! - za mną krzyk się rozległ. Przez bark zirytowany zerknąłem, że ktoś mi przeszkadzał. W wylocie korytarza smój mężczyzna z przerażoną miną na twarzy stał. - Hei, proszę cię. Przecież nie chcesz być taki, jak on. Nie jesteś mordercą.
Człowiek pode mną wyrwać się spróbował, na niego ostrzegawczo warknąłem, kły pokazałem, je aż po same dziąsła obnażayłem. Przerażony. Jeszcze raz na mojego mężczyznę i na ofiarę zerknąłem, z ociąganiem ręce i nogi ofiary zwolniłem. Mężczyzna przez chwilę jeszcze na mnie sparaliżowany patrzył, na niego syknąłem, uciekł. Na sztywnych nogach do mojego mężczyzny podszedłem.

Drżałem. Podniosłem wzrok na Soujirou, a w jego oczach zobaczyłem strach.
- Souji, ja… - zacząłem, ale sam nie wiedziałem, co mogłem mu powiedzieć. Byłem idiotą, w ogóle nie myśląc, że kochanek zobaczyłby mnie zabijającego innego człowieka. Nawet, jeśli miałem do czynienia z Łowcami, moim największym obowiązkiem było chronienie Soujirou. Przed chwilą o tym zapomniałem i takie były tego efekty.
- Już dobrze, mój mały lisku, już dobrze - wyszeptał mężczyzna, przytulając mnie do siebie. - Nie bój się, wszystko jest w porządku - zesztywniałem, słysząc te słowa. Czyżby Soujirou w takiej sytuacji bał się O MNIE zamiast MNIE? Nie, to niedorzeczne! Naprawdę nie wiedziałem, co powinienem teraz zrobić. Miałem cholernie wielką ochotę przytulić kochanka, ale przecież nie mogłem liczyć na to, że mężczyzna dobrze zareaguje na dotyk kogoś, kto właśnie o mało co nie popełnił zbrodni na jego oczach.
Odsunąłem się od Soujirou, walcząc z własnymi emocjami i podszedłem do atakowanego wcześniej chłopaka. Patrzył teraz na mnie z niedowierzaniem i trochę strachem.
- Wszystko w porządku? - spytałem ostrożnie. Widziałem, że Genusmuto nie wie, czy powinien mnie traktować jako przyjaciela, czy kolejnego oprawcę. - Jestem Hei Guyie, kokko - dodałem, licząc, że pomoże to chociaż trochę chłopakowi.
- Nicholas Tarnee, jestem rukiem - odpowiedział po chwili wahania, zerkając przez ramię na swoje polepione krwią masywne skrzydło.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------
Moi drodzy, jest to koniec fabularnej części sezonu 2.  Za tydzień ukaże się jeszcze epilog, standardowo niezwiązany bezpośrednio z fabułą. A potem widzimy się z prologiem sezonu 3 dopiero 26.11. Standardowo, podczas przerwy pojawią się: PDF, jakieś teksty dodatkowe, nowy szablon (prawdopodobnie na jeden z weekendów zostanie wyłączona widoczność bloga) oraz odświeżenie treści stałych. Co do samego sezonu 3, to wiemy już, iż będzie on nosił podtytuł "W pogoni za jutrem", a słowem przewodnim będzie "anima"-dusza. Jeśli nasze przewidywania się spełnią, będzie to najspokojniejszy jak do tej pory sezon jeśli chodzi o akcję, ale mam nadzieję, że i tak okaże się ciekawy.
Wiem, że zakładki stałe trochę nie nadążają za rzeczywistością zastaną, ale pozwolę sobie to pozmieniać dopiero podczas remanentu całościowego.

sobota, 29 października 2016

Proelium XIV

Równie dobrze mógłbym pomóc jemu, swoimi zeznaniami popierając Sayie-san. Ale tego nie zrobię, żyjemy w państwie prawa i obowiązku.

Wybierał mężczyzn o wiele starszych od siebie, zazwyczaj bogatych.

[...] kilku jego kolegów wyśmiało całą sytuację i Demi. Po tym wszystkim się naprawdę załamała, a dwa tygodnie później znaleziono jej martwe ciało.

Oboje dobrze wiemy, że jestem bezpłodna, a bękart nie jest mój, tylko jakiejś suki "z dobrego domu". Mam ci przypomnieć, jak fałszowałeś akty urodzenia?

Niech bierze, co chce i zniknie z mojego życia na tyle skutecznie, bym jej nigdy nie zobaczył na oczy.


Woda spływała po mnie, odznaczając się na bladości skóry migotliwym połyskiem. Jej zimne strugi zmywały ostatnie szczątki mojego honoru i choćby najbardziej pijanego poczucia sensu.
Chue – nie żyła. Ojciec – nie żył. Matka – wyrzekła się mnie, podstawiając zamiast siebie sukę wypijającą regularnie krew z mojego ojca. Moi przodkowie – zabici przez ludzi, z którymi stałem na równy. A Soujirou… Soujirou też pewnie za niedługo odejdzie lub doczeka swojego końca przeze mnie. Nie byłem w stanie zrobić nic, by uchronić kogokolwiek, włącznie z sobą. Nie chciałem takiego życia… na co komu ono? Nikomu jeszcze nie przyniosło pożytku to, że jeden więcej bękart plątał się między ludźmi. Gdziekolwiek się nie pojawiłem – tylko śmierć i problemy.
Zakręciłem panel i oparłem się o niego. Metal zazwyczaj był dużo zimniejszy od ludzkiej skóry, ale teraz niemal nie czułem już różnicy. Może jeszcze trochę… jeszcze chwila, by udało się na tyle obniżyć temperaturę ciała, bym już nikomu nie przeszkadzał. A gdyby tak wziąć nożyczki, które Soujirou zostawił rano przy lusterku po poprawianiu odstających od bluzki nitek… Zrobiłem krok w stronę wyjścia, chcąc wziąć w ręce narzędzie i przeciąć cienką skórę na nadgarstkach. Przecież nieraz już to robiłem podczas eksperymentów na wyrywających się ludziach. Przecież to tylko kilkanaście minut, by potem…
Wyszedłem spod kabiny i sięgnąłem po nożyczki. Rozchyliłem łopatki i przysunąłem je do nadgarstka, napierając lekko. Powstrzymanie pierwotnego odruchu ucieczki przed ostrym naporem okazało się trudniejsze niż przypuszczałem. Kurwa! Nawet zabić się porządnie nie potrafiłem. Ja, który już za dziecka torturowałem na przeróżne sposoby bogom ducha winne zwierzęta. Ja, który byłem odpowiedzialny za niejedną śmierć z przedawkowania. Ja, który… który byłem zbytnim tchórzem, by choć jedną rzecz doprowadzić do końca. Gorszy od najgorszego rodzaju człowieka, wesz na kartach historii bohaterów trzecioplanowych filmów klasy Ż.
Zerknąłem na lustro wiszące nad umywalką. To, co pokazało mi się w odbiciu nawet w połowie nie oddawało groteski pomyłki, którą byłem.
- Hei, wszystko w porządku? - usłyszałem głos Soujirou zza drzwi. Nie odpowiedziałem, ale na sztywnych nogach wyszedłem z łazienki, szurając drobnymi krokami niczym jeniec czekający na powieszenie.
Gdy wszedłem do salonu, zastałem Soujirou przy stole na fotelu, trzymającego w ręku kubek z jakąś ciemną, parującą cieczą. Gdy tylko mnie zauważył, uśmiechnął się. Przestań!!! Odwróciłem wzrok, nie mogąc wytrzymać tego wyrazu twarzy. Był on spokojny, ciepły i taki bezpieczny. A ja byłem ostatnią osoba, która zasługiwała na takie zaufanie.
- Już jesteś, mój mały lisku - stwierdził mężczyzna, podchodząc do mnie. Sięgnął do mojej głowy i przytulił ją do siebie. - Usiądź na kanapie i napij się czekolady, a ja przyniosę ręcznik, hm? Kapie ci jeszcze z włosów - stwierdził tak miękko, że miałem ochotę wyć. Każdy najdrobniejszy gest podkreślał, jak bardzo mężczyzna jest idealny. Za idealny, za dobry, za uczciwy, bym miał do niego prawo.
- Rób, co chcesz, to nie mój interes - sam nie wierzyłem, jak śmiałem odezwać się w tak oschły sposób. Miałem dosyć samego siebie.
Soujirou na chwilę zniknął za moimi plecami, a ja przeszedłem i usiadłem na kanapie z nogami położonymi wzdłuż kanapy, jak chciał Soujirou. Opadłem na oparcie i popatrzyłem tępo w stronę, skąd miał wrócić mężczyzna. Przyszedł po chwili, niosąc w rękach duży, kremowy ręcznik.
- Hei, rozchmurz się, mój mały lisku - Soujirou pogłaskał mnie wierzchem dłoni po policzku i zgarnął z niego mokre włosy. - Jestem pewny, że twój ojciec chciał dla ciebie jak najlepiej. Gdyby nie ten wypadek, to…
- To nie był żaden wypadek! - nie zdążyłem się pohamować w porę. Skrzywiłem się z własnej bezmyślności. Kolejny raz udowadniałem światu, że nie potrafię ochronić nawet jednej osoby przed niczym.
- Przepraszam, nie wiedziałem. Wydawało mi się, że kiedyś mówiłeś o wypadku - mężczyzna mówił jednocześnie zgarniając mi włosy do tyłu i zaplatając na nie ręcznik, żeby wchłonął największą wilgoć.
- Zapomnij o tym, co przed chwilą powiedziałem - wyszeptałem w końcu. - Wersja z wypadkiem jest zdecydowanie lepsza.
- O czym ty mówisz? - mężczyzna przerwał wycieranie, żeby spojrzeć mi w oczy.
- O niczym. To był wypadek.
- Hei, kochany - podniosłem wzrok na Soujirou. Chyba pierwszy raz w życiu słyszałem, żeby nazwał mnie tak bezpośrednio. Jeszcze wczoraj pewnie skakałbym z radości… Dziś miałem tylko wyrzuty sumienia. - Wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć, prawda? - spytał, całując kosmyk moich włosów odrzuciwszy na bok ręcznik.
- Nie powinieneś. Dla własnego dobra - odwróciłem wzrok na kuchnię. Przez ułamek sekundy w mojej głowie pojawił się obraz z pierwszej nocy i poranku, jaki tu spędziłem. Pamiętałem dobrze, że Soujiro niemalże przemocą wziął mnie ubranego  w samą koszulkę do samochodu. Potem się kochaliśmy na podłodze tuż przy kanapie, a rano zrobiłem dla Soujiego  słodkie naleśniki. Wtedy byłem pewny, że złapałem bóstwo fortuny za nogi. Teraz już nawet Święta Masakra stwierdziła, że ona nie jest od spraw tak beznadziejnych i mam sobie radzić sam.
- Hei - wymruczał mężczyzna, przytulając moją głowę do swojego torsu. Zesztywniałem, przerażony znaczeniem tego gestu. Mężczyzna, którego za wszelką cenę powinienem chronić właśnie deklarował, że to on będzie moją tarczą. Chciałem protestować, wrzeszczeć z całej siły, żeby zaprotestować, ale nawet na to nie miałem już siły. Ciągle jednak żyłem, będąc najgorszym przekleństwem wszystkich, którzy mieli pecha stanąć na mojej drodze po nieodpowiedniej stronie.
Tak cholernie bardzo chciałem się wtulić w Soujirou i zapomnieć o całym świecie. O Łowcach, o raszpie, o Zu. Nawet o ojcu i Chue, jedynej kobiecie, którą naprawdę kochałem z wzajemnością. Ale nie mogłem… nie powinienem… nie pozwalały mi resztki pozostałej przy życiu moralności, dogorywającej gdzieś w kącie mojej zepsutej na wskroś duszy. Wszyscy, na których mi zależało, którzy choć trochę obdarzali mnie uczuciem, prędzej czy później lądowali metr pod ziemią jako pokarm dla robali. Zu miał rację - tacy, jak my powinni się trzymać od miłości jak najdalej. Nie nadawaliśmy się do niczego innego prócz zbrodni. Głupi ciągle wypierałem ze świadomości fakt, że moje ręce były równie czerwone od krwi, co jego. A co gorsze, mnie plamiła krew nie wrogów, a przyjaciół, których jedyną winą było to, że zaufali takiej ludzkiej wszy jak ja.
Ktoś zadzwonił domofonem do drzwi.
- Zaraz wrócę, mój mały lisku - Soujirou odsunął się ode mnie, pocałował lekko we włosy i udał do przedpokoju. - To pewnie mój ojciec przywiózł Xiaogou, bo dostał jakieś nagłe wezwanie - dodał jeszcze, wchodząc w korytarz. Nie patrzyłem, co tam się działo, bo i nie widziałem ku temu powodu. Im mniej wiedziałem, tym mniej szkody mogłem wyrządzić.
Przymknąłem oczy, ale zwolnienie mózgu z obowiązku przetwarzania fali świetlnych na obraz było błędem. Zamiast prawdziwej rzeczywistości, przed moimi oczyma pojawił się cały tłum wyblakłych ludzi podobnych do duchów z dość popularnego ostatnio horroru. Rozpoznawałem niemal wszystkie twarze trupów: zabitych kiedyś przez moje nieudane eksperymenty, kilku dzielnicowych gamoniów, którymi na moje zlecenie zajął się któryś z żołnierzy Zu, kilku staruszków, którym sprzedałem śmiertelne dawki narkotyków, zagryziony w przypływie szału chłopak, który miał mi pomagać w laboratorium. A na czele tego morza ludzi stała Chue. Nie ta uśmiechnięta, w wiecznie poplamionym czymś fartuchu prasowanym na kantkę i na wpół rozplątanym koczkiem, ale Chue blada jak ściana, z krwią sączącą się z kącika posiniałych ust i wyłupiastymi, pustymi oczyma.
- To twoja wina. To ty mnie zabiłeś - miała zamknięte usta, ale byłem pewny, że były to słowa Chue, wzmocnione przez echo z innych głosów. -To twoja wina, Hei - powtarzała wciąż te słowa. Przerażony otworzyłem oczy, ale mimo zaniku widzenia, w moich uszach wciąż pobrzmiewało uporczywie powtarzane „twoja wina”.
Potrząsnąłem głową w desperackiej próbie ucieczki i rozejrzałem się dookoła. Przede mną siedział w kucki Xiaogou, jak zwykle wlepiając się tym swoim psim wzrokiem. Nawet on był moją ofiarą. Z deszczu pod rynnę trafił do kogoś takiego, jak ja, kto nawet nie potrafił przyznać mu człowieczeństwa. Miyako-sensei miała rację. Gdybym tylko miał w sobie choć odrobinę cech swojego ojca, to…
Moje serce zamarło na chwilę, gdy Xiaogou otarł się policzkiem o moje nogi i położył na nich głowę, mrużąc oczy. Przecież powinien mieć z sobie psią intuicję podpowiadającą, kto jest dobrym człowiekiem, a kto nie! Przerażony podkuliłem pod siebie nogi, żeby jak najszybciej odsunąć go od siebie i chociaż w ten sposób uchronić kolejną osobę od dołączenia do korowodu trupów.
- Hei, kochanie nie bój się - stwierdził miękko Soujirou, podchodząc do mnie i stawiając na stole kubek z jakąś kolorową cieczą. - To tylko Xiaogou, nic ci nie grozi - mężczyzna pogłaskał mnie po policzku i nachylił się, żeby mnie w niego pocałować. Uchyliłem się, chcąc tego uniknąć, ale niezbyt wiele to dało.
- Ja nie… - zacząłem, ale głos mi uwiązł w gardle.  Zakaszlałem i skrzywiłem się, ale nie sięgnąłem po przygotowaną dla mnie gorącą czekoladę. Nie należała mi się.
- Wiem, mój mały lisku, wiem - wymruczał uspokajająco. Nie mogłem tego słuchać. - Wszystko będzie dobrze, już tego dopilnujemy razem z Xiaogou. Potrzebujesz czegoś?
- Przynieś mi moją walizkę - odpowiedziałem w końcu charkotliwym głosem. Soujirou popatrzył przez chwilę na mnie, zastanawiając się, czy wykonać moją prośbę, ale ostatecznie skinął głową i zsunął się z oparcia kanapy. Już po chwili miałem w ręce cylinder opisany „Phenobarbitalum 100” [fenobarbital - silny środek nasenny, w najbliższym czasie pojawi się dokładniejszy opis w Herbarium; przyp. aut.] i montowałem w niego igłę. Bez namysłu wbiłem strzykawkę w żyłę na przedramieniu i szybkim ruchem wpuściłem całą zawartość do krwiobiegu, ignorując fakt, że było to co najmniej niebezpieczne dla organizmu normalnego człowieka, którym wciąż jeszcze byłem przez kilka godzin.
Wysunąłem igłę i niemal natychmiast poczułem efekty działania barbituranu. Zdążyłem jeszcze zanotować przestraszoną minę Soujirou, gdy pusta strzykawka wyleciała z mojej dłoni.
Nadeszła łaska niebytu, na który nie zasługiwałem.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------
Rozdział krótszy jak zwykle, ale myślę, że ani ja, ani Wy nie wytrzymalibyśmy takiej dawki emowania w formie czystej. Mizuka pewnie mnie zabije za rozpowszechnianie tej informacji (hehe), ale okazało się, że najlepszym kącikiem do emowania jest jej pokój i tylko tam potrafiłam pisać coś, co uznała za przekonujące. Co ciekawe, było to pisanie z wieeeelkim białym kotem Jero wywalonym na kolanach. Ot, taka ciekawostka.
Na ostatniej już w tym sezonie playliście nasz rodzimy folklor. Jako, że jako Polak mam obowiązki polskie [R. Dmowski; "Myśli nowoczesnego Polaka" - parafraza], jest to playlista bardziej rozbudowana niż zwykle.
A po trzecie, chciałam wszystkim przypomnieć o zbliżającym się Halloween.

sobota, 22 października 2016

Proelium XIII

Czwórka naszych ludzi na chwilę obecną jest nie do odnalezienia, a jeden z pewnością jest martwy. Jest to dzieło dokładnie tego samego sprawcy, który zabił wcześniej co najmniej dwóch innych Genusmuto.

Dotrzymam umowy i poszliu tiebie moich liudiej, jeśli ich potrzebujesz.

Chyba zdążyłeś już się zorientować, że z Łowcami użeramy się już dłuższy czas.

Mój klient twierdzi, że intencją spadkodawcy było przekazanie całości swojego dobytku swojemu synowi, a pominięcie posiadłości, o którą toczy się rozprawa było jedynie wynikiem nieznajomości dokładnych zapisów prawa i jego terminologii.






- Proszę zaprotokołować świadka: Soujirou Honami, lat 27, kawaler. Świadek jest pasierbem powódki i przybranym bratem powoda - gdy spojrzenia moje i Soujirou się spotkały, mężczyzna uśmiechnął się lekko, jak gdyby chciał powiedzieć, że wszystko będzie w porządku. - Proszę powiedzieć, jak długo znajduje się pan w pokrewieństwie ze stronami.
- Oficjalnie nieco ponad miesiąc, ale poznaliśmy się jakieś dwa miesiące temu.
- Zaprotokołowane? W takim razie, Miyagiji-san, świadek jest pani - prawniczka żywiołowo obeszła biurko, przy którym siedziała razem z raszpą, oparła się pośladkami o blat i zaparła na nim rękoma.
- Dziękuję. Przejdę od razu do rzeczy. Czy to prawda, że przebywa pan w związku emocjonalnym z powodem?
- Nie widzę w tym nic dziwnego, w końcu wystarczająco długo ze sobą przebywamy.
- Pan wie, o czym mówię. Chodzi mi o relacje, chciałoby się powiedzieć, "damsko-męskie".
- Nie zauważyłem, żeby Hei zmienił płeć w międzyczasie. Ale tak, jesteśmy parą i nawet śpimy ze sobą. Pozwoli pani, że nie będę opowiadał ze szczegółami - kilka osób z widowni zachichotało, ale mina Soujirou pozostawała wciąż niezmienna. Widziałem po nim, że grał i traktował całe przesłuchanie jak kolejny występ publiczny, zresztą przy nie aż tak małej widowni.
- To nie będzie konieczne. Zatem przyznaje pan, że pana osąd sprawy jest jednostronny ze względu na zażyłość z powodem?
- Nie, nie mam ku temu powodu. W końcu mój ojciec jest mężem Sayie-san, więc równie dobrze mógłbym pomóc jemu, swoimi zeznaniami popierając Sayie-san. Ale tego nie zrobię, żyjemy w państwie prawa i obowiązku.
- Proszę nie kpić.
- Uważa pani, że to nieprawda? - znowu rozległy się śmiechy, do których tym razem dołączyłem również ja. Uwielbiałem Soujirou w takich chwilach, gdy brał pełną kontrolę nad słowem. Co prawda, nie był to ten mój niewinny i delikatny Soujirou, ale równie fascynujący.
- Widzę, że się pan dobrze bawi. Część komediową zostawmy za sobą i proszę mi powiedzieć, czy orientuje się pan w stanie materialnym mojej klientki i pana ojca?
- Nie ze szczegółami, ale raczej tak. Rozmawiam czasem z ojcem również o tych sprawach.
- W takim razie proszę powiedzieć, jak zmieni się sytuacja materialna mojej klientki po straceniu swojej obecnej części spadku.
- Sprzeciw - Sano-ojisan popatrzył na prawniczkę wyzywająco. - Wyrok w tej sprawie jeszcze nie zapadł.
- Proszę mnie nie łapać za słówka,oboje wiemy, o co chodzi - prychnęła Miyagiji-bengoshi, poprawiając ułożenie rąk.
- Sprzeciw podtrzymany, proszę inaczej sformułować pytanie - oznajmił sędzia powolnym głosem.
- Dobrze, w takim razie powiem tak: jak duży wpływ ma posiadłość i jej przyległości, o które się dzisiaj procesujemy na całkowity majątek mojej klientki?
- Myślę, że całkiem spory, chociaż i bez niego nie powinna mieć problemów z przeżyciem.
- Ale nie utrzymałaby tego samego standardu życia?
- Większość ubrań nie jest jednorazowa, więc można je trzymać dłużej niż tydzień, a lokalna piekarnia z całą pewnością oferuje równie dobre bułki, co ta najdroższa w Tokio. I mówię to jako osoba, która zna zarówno jedne, jak i drugie. Jeśli chodzi o sam lokal, to dom mojego ojca wcale taki mały nie jest, przez wiele lat mieszkaliśmy w nim w czwórkę. Chociaż przyznaję, że jest trochę tańszy i mniejszy.
- Dziękuję, nie mam więcej pytań. Kolego? - zerknęła w stronę Sano-ojisana. Prawnik skinął krótko głową.
- Skoro wiemy już wszystko o ekonomii, przejdźmy do rzeczy mniej przyziemnych. Jaki jest pana stosunek do powódki?
- Początkowo uważałem ją za rozważną, naprawdę przyjazną kobietę. Jeszcze zanim się poznaliśmy, ojciec opowiadał mi o swojej nowej miłości. Byłem więc pozytywnie nastawiony, zwłaszcza po pierwszych spotkaniach.
 - Mówi pan, jak gdyby ta sytuacja się zmieniła. Jak w takim razie postrzega pan powódkę teraz, kiedy nastąpiła zmiana i dlaczego?
- Od początku wiedziałem, że Hei… znaczy się Heisuke, że jest w konflikcie z Sayie-san. Chciałem ich jakoś pogodzić i w końcu udało mi się zaaranżować wspólne spotkanie.
- Kto był stroną organizującą to spotkanie?
- Zaproponowała je Sayie-san podczas rozmowy ze mną. Zaoferowałem, że znajdę odpowiedni czas i nakłonię Heia do uczestnictwa.
- Udało się?
- Owszem.
- I co było dalej?
- Rozmowa zaczęła się dość zwyczajnie, chociaż Hei jak zwykle nie był zadowolony z konfrontacji. Ale to nie trwało długo. Sayie-san w bardzo nieprzyjemny sposób oznajmiła, że ma zamiar przejąć willę i wyrzucić Heia, gdy tylko ten będzie miał dwudzieste urodziny. Jako osoba z przeszkoleniem psychologicznym, powiedziałbym nawet, że wyglądało to trochę, jakby w Sayie-san pokazała się zupełnie inna osobowość.
- Rozumiem. Jak w tej sytuacji zachował się mój klient?
- Zdecydowanie był zszokowany wszystkim i nie wiedział, jak się powinien zachować. Rozmowa została zakończona, bo Sayie-san wyszła.
- Wracał pan kiedyś do tematu z powódką?
- Nie, nigdy. Od tego czasu rozmawialiśmy jeszcze dwa, czy trzy razy, ale nie były to poważne tematy.
- A z moim klientem?
- Też niedużo. W większości w pana gabinecie.
- W takim razie zna pan stanowisko mojego klienta. Może się pan do niego ustosunkować?
- Myślę, że Hei znał swojego ojca na tyle, że wie, co robi. Gdybym miał obstawiać, dlaczego robi to, co robi, bardziej bym powiedział tu głównie o honorze i poczuciu obowiązku wobec ojca niż czystej chęci zemsty, czy zawiści, chociaż te pewnie też mają jakiś niewielki wpływ.
- Rozumiem, nie mam więcej pytań.

- Proszę zaprotokołować kolejnego świadka. Yosuke Shimone, lat 49, kawaler, pokrewieństwa brak. Proszę powiedzieć, jakie jest pana powiązanie ze stronami.
- Jestem detektywem wynajętym przez panią Honami niespełna rok temu.
- Co? - wstałem, nie wierząc w to, co właśnie usłyszałem. Wiedziałem wcześniej, ze Shimone ma zeznawać ze strony raszpy, ale do tej pory nie byłem w stanie domyślić się, po co jej jakiś losowo wybrany mój były kochanek… Wiec to o nim mówił rok temu Zu, że mam za sobą nadprogramowy cień i mam uważać. - Przespałeś się ze mną na zlecenie mojej matki?!
- Czy to prawda? Czy był pan w relacji seksualnej z powodem? - spytał sędzia, wyraźnie bardziej ożywiony niż dotychczas. Teraz wreszcie zaczynało się coś dziać, ale, o ironio, zupełnie mnie to nie cieszyło.
- Owszem, między nami doszło kilka raz do zbliżenia, ale po tym przedłożyłem Honami-san efekty śledztwa i kontakt się urwał.
- Czy wszystko zostało zaprotokołowane? W takim razie oddaję świadka Miyagiji-san.
- Dziękuję. Mówił świadek, że został wynajęty przez moją klientkę. W jakim celu?
- Honami-san twierdziła, że podejrzewa, że jej syn zadaje się z niewłaściwymi osobami i chciałaby znać szczegóły, żeby móc odpowiednio zareagować. Chciała, żebym go śledził i się tego dowiedział.
- W takim razie można powiedzieć, że moja klientka jest troskliwą matką, która martwi się o swoje dziecko, tak?
- Nie do końca. Od początku wydawało mi się, że potrzebuje informacji w jakimś innym celu, ale do czasu rozprawy nie wiedziałem, jaki by to miał być cel. Teraz wydaje mi się, że chciała narzędzi do skompromitowania syna. O nie zresztą nie było trudno.
- To znaczy?
- Dość szybko ustaliłem, że obserwowany przeze mnie chłopak, czyli powód, preferuje mężczyzn. W obecnych czasach nie jest to nic niezwykłego, jednak powoda zdecydowanie nie można zaliczyć do większości. Wybierał mężczyzn o wiele starszych od siebie, zazwyczaj bogatych. Co więcej, dość często były to osoby w różny sposób powiązane z mafią lub innymi organizacjami mogącymi być organizacjami przestępczymi. Przykładowo, jednym z częstszych miejsc, w które się udawał, była herbaciarnia Lan se Maotouying znana w mojej branży jako miejsce spotkań chińskiej triady Czerwone Sztylety.
- Chce pan zasugerować, że powód ma jakieś powiązania z mafią?
- Tego nie ustaliłem ze stuprocentową pewnością.
- No dobrze. Proszę w takim razie powiedzieć, w jaki sposób wszedł pan w kontakt z powodem i jak przebiegał ten kontakt.
-    Po ponad tygodniowej obserwacji udało mi się stwierdzić, że większość spotkań z nieznanymi dotąd mężczyznami odbywało się w jednym konkretnym barze, w którym zresztą powód publicznie i bez zawahania spożywał alkohol. Początkowo chciałem ten fakt zgłosić na policję, ale Honami-san przekonała mnie, że nie jest to dobry pomysł. Tak więc przyszedłem tam przebrany za biznesmana w dzień, w którym przypuszczałem, że obserwowany się pojawi. Zaczepienie go i zaproponowanie wspólnej nocy nie było niczym trudnym. Potem spotykaliśmy się jeszcze kilkanaście dni. Nie chciałem się zdekonspirować, dlatego niewiele w sumie rozmawialiśmy przez te dwa tygodnie naszej znajomości o sprawach związanych z rodziną powoda. Z tego, co udało mi się wyciągnąć, wiem, że szczerze nienawidził matki, kilka razy mówił też o chęci zemsty na niej i traumie związanej z Honami-san. Według jego słów, jako dziecko miał być świadkiem stosunków seksualnych powódki z różnymi mężczyznami, jednak podczas moich kontaktów z Honami-san nie zauważyłem jej skłonności do uwodzenia mężczyzn.
- Rozumiem. Chciałby pan jeszcze coś dodać odnośnie wrażeń z rozmów z powodem lub jego zachowaniem?
- Zauważyłem, że bardzo dokładnie omijał tematy związane z ojcem i swoimi zainteresowaniami. Wydaje mi się również, że początki jego kontaktów z mężczyznami mogły nie być najlepsze, dlatego też obecnie ma problemy z poprawnym budowaniem relacji innych jak czysto fizyczne. Ale nie mogę być tego pewny, to tylko moje przeczucia.
- Rozumiem. W takim razie dziękuję za odpowiedzi, nie mam więcej pytań.
- Toguchi-san, świadek jest pana - oznajmił sędzia. Sano-ojisan przejrzał jeszcze szybko jakieś notatki i przeszedł przed biurko.
- Czy gdyby nie zlecenie, zainteresowałby się pan moim klientem jako potencjalnym partnerem?
- Raczej nie. Powód jest osobą młodą, w dodatku zdecydowanie unika budowania stałych relacji partnerskich i otwarcie mówi o swoich doświadczeniach z różnymi mężczyznami.
- W takim razie była to wyłącznie kwestia prowadzenia śledztwa, tak?
- Owszem.
- Często się zdarza panu iść do łóżka z kimś tylko po to, żeby wyciągnąć od niego informacje do swojej pracy?
- Sprzeciw, pytanie nie ma związku ze sprawą - zaprotestowała ostro Miyagiji-san, ale sędzia pokiwał przecząco głową.
- Proszę odpowiedzieć - orzekł.
- Nie, była to sytuacja wyjątkowa.
- Dlaczego pan się na nią zdecydował?
- Częściowo był to wpływ Honami-san, która nalegała na to, żebym się jak najbardziej zbliżył do obserwowanego w ten sposób.
- A reszta części?
- Myślę, że były to względy personalne - Shimone zawahał się. Miałem ochotę go rozszarpać. - Powód wydał mi się w jakiś dziwny sposób ofiarą własnych zachowań i myślałem, że uda mi się jakoś mu pomóc. Może to brzmi dziwnie, bo w końcu przespałem się z nim, ale chyba myślałem, że w ten sposób uda mi się zdobyć jego zaufanie.
- Jaki był tego efekt?
- Jak już mówiłem, powód mówił tylko to, co uważał za bezpieczne i do samego końca nie otworzył się przede mną. A po zakończonej sprawie Honami-san zażądała zerwania kontaktów z powodem. Miałem zamiar kontynuować znajomość mimo to, ale dostałem duże zlecenie i musiałem na kilka tygodni wyjechać z miasta, a potem już nie udało mi się ponownie zbliżyć do powoda.
- Dziękuję, nie mam pytań do świadka.
-    Jeśli można. Chciałbym tylko przeprosić Heia. Nie myślałem,że tak się sprawy ułożą.
- Wsadź sobie te przeproszenia w odpowiedni otwór, szpiclu - prychnąłem i napiłem się niebieskiego ziela ze szklanki załatwionej mi przez Sano-ojisana. Byłem, delikatnie rzecz ujmując, zniesmaczony zachowaniem faceta, którego rok temu nawet dosyć lubiłem.

- Proszę zaprotokołować kolejnego świadka. Sayumi Harada, lat 42, zamężna, pokrewieństwa brak - do fotela świadka podeszła przysadzista kobieta o spokojnej twarzy i nieco krzywych nogach. - Proszę powiedzieć, jakie jest pani powiązanie ze stronami w sprawie.
- Byłam przyjaciółką Saiye-chan i częściowo wychowywałam Heia.
- Rozumiem. Toguchi-san, świadek jest do pańskiej dyspozycji - Sano-ojisan wstał i przeszedł na środek pustej przestrzeni przed sądem.
- Powiedziała pani „byłam”, a nie „jestem”. To było przejęzyczenie, czy celowe?
- Zupełnie celowe.
- Proszę opowiedzieć, jak pani poznała powódkę.
- To było jeszcze w czasach licealnych, chodziłyśmy razem do drugiej… nie, do trzeciej klasy. Dość szybko znalazłyśmy wspólny język. W międzyczasie poznałam Masatake, mojego obecnego męża. Potem ja zaszłam w ciążę i zajęłam się domem, a Sayie-chan poszła na studia prawnicze.
- Jest pani tego pewna? W moich papierach nie mam nigdzie wzmianki o wykształceniu prawniczym powódki.
- Bo ich nie skończyła przez tę aferę z Demi, jej kuzynką. Tak teraz sobie myślę, że to może być ważne…
- Ani mi się waż, stara kwoko! - wrzasnęła raszpa, trzaskając obiema dłońmi o blat. Sayumi popatrzyła nieco spłoszona na nią. - Jeśli powiesz choć sło…
- Proszę o spokój, bo nałożę na panią karę! - przerwał jej sędzia, trzaskając młotkiem w metalową podstawkę.
- Proszę bez obaw kontynuować. Zapewniam panią, że nic się pani nie stanie - spokojny baryton Sano-ojisana był naprawdę uspokajający, dlatego Sayumi kiwnęła nieco odważniej głową.
- To było mniej więcej wtedy, jak Sayumi kończyła trzeci semestr… Nie, trochę później, bo byliśmy już po imprezie sesyjnej, jak mój Masatake złamał rękę. Demi zakochała się wtedy w jakimś mężczyźnie. Mówiła, że był kilka lat od niej starszy i był młodym lekarzem. Myślała, że miała u niego szanse, dlatego bardzo szybko się zmieniła: zaczęła nosić bardziej kobiece ubrania, malować się, interesować modą i innymi takimi sprawami, które Sayie-chan jej podpowiedziała jako te kobiece. Ja jej mówiłam, żeby najpierw spróbowała tego swojego ukochanego poznać, porozmawiać z nim zamiast tylko pokazywać się w jakiś wyzywających sukienkach, ale ona wydawała się to ignorować. W końcu stwierdziła, że pójdzie do tego mężczyzny i wyzna mu swoje uczucia. Konkretniej rzecz ujmując, pod wpływem Sayie, Demi zrobiła to na wspólnej imprezie przy wszystkich ludziach. Jak nietrudno się domyślić, ten mężczyzna ją zupełnie odrzucił, a kilku jego kolegów wyśmiało całą sytuację i Demi. Po tym wszystkim się naprawdę załamała, a dwa tygodnie później znaleziono jej martwe ciało. Powiesiła się w akademiku, a w liście pożegnalnym napisała, że to przez tego mężczyznę.
- Dobrze, ale co to ma wspólnego z powódką?
- Po tym wszystkim Sayie-chan się naprawdę zmieniła. Porzuciła naukę, zaczęła chodzić na imprezy, co to każdy wiedział, co się na nich wyprawia, zaczęła zmieniać mężczyzn częściej jak bieliznę. Myślałam, że to jakaś trauma po stracie ukochanej kuzynki i w końcu się pogodzi ze wszystkim. Tak też się stało, jakieś dwa lata później związała się z Liweiem, ojcem Heia. A przynajmniej myślałam, że się ustatkowała. Do momentu, aż bez najmniejszej żenady uwiodła mojego męża. To podła i wyrachowana kobieta.
- Rozumiem już źródło pani stosunku do powódki. Ale czy ta historia ma jeszcze jakieś znaczenie dla sprawy poza tak pobocznym? Mówiła pani tak, jak gdyby to było coś ważnego nie tylko dla pani, ale również teraz, przed sądem.
- Owszem. Dość długo nie skojarzyłam tych dwóch wydarzeń, ale ostatnio przeglądałam stare zdjęcia i natknęłam się również na kilka fotek z tej imprezy. Wtedy też przypomniała mi się Demi. Mężczyzną, w którym się zakochała był nikt inny jak Liwei. Biorąc pod uwagę, co wiem teraz, jestem święcie przekonana, że już te dwadzieścia cztery lata temu sobie wszystko zaplanowała i jakoś uwiodła Liweia w zemście za upokorzenie Demi.
- Rozumiem, że wcześniej pani tego nie wiedziała.
- Nie, i na pewno zerwałabym z nią kontakt jeszcze szybciej, gdybym wiedziała, że tak się stało. Żałuję tylko, że w swojej zawiści postanowiła nawet mieć dziecko, to bardzo krzywdzące Heia.
- To bardzo wiele wnosi do sprawy. Myślę, że powiedziała już nam pani więcej, niż ktokolwiek oczekiwał. Nie mam więcej pytań do świadka, natomiast wnioskowałbym o ponowne przesłuchanie powódki.
- Rozumiem. Czy ma pani jakieś pytania do świadka, Miyagiji-san?
- Nie, świadek wyraźnie jest stronniczy i będzie chciała pogrążyć moja klientkę za wszelką cenę.
- W takim razie świadek może usiąść, proszę powódkę o zajęcie miejsca przesłuchań.
- W takim razie świadek może usiąść, proszę powódkę o zajęcie miejsca przesłuchań - raszpa, z miną wyrażającą wściekłość, wstała i na sztywnych nogach przeszła na fotel przy sędzi, stukając nadzwyczaj głośno obcasami. Usiadła i założyła nogę na nogę z wyniosłością. - Powódka jest do pana dyspozycji, proszę pytać.
- Słyszała pani, co powiedziała świadek przed panią. Czy rzeczywiście ożeniła się pani z Liweiem Guyie powodowana chęcią zemsty?
- Nie graj takiego profesorka, Sano. Oboje dobrze wiemy, że gdyby nie Liwei, Demi by ciągle żyła.
- Proszę odpowiedzieć na moje pytanie, Honami-san.
-  Honami-san? No dobra, pograjmy po twojemu. Ta, ożeniłam się z nim tylko po to, żeby ten skurwysyn zapłacił za to, co zrobił. Zasłużył sobie na to. Miałam zamiar rozkochać go w sobie, wydoić do suchej nitki i kopnąć w tyłek, ale znalazł sobie tego bastarda i musiałam czekać, aż synalek dorośnie, bo to on by został z większością kasy. A potem ktoś się nim zajął skuteczniej ode mnie i zdechł, ale całą forsę przepisał na tego gówniarza.
- Czyli przyznaje pani, że chce pozbawić swojego syna spadku tylko przez zawiść do zmarłego małżonka.
- Swojego? Nie kpij sobie ze mnie, dobrze? Oboje dobrze wiemy, że jestem bezpłodna, a bękart nie jest mój, tylko jakiejś suki "z dobrego domu". Mam ci przypomnieć, jak fałszowałeś akty urodzenia? Nie martw się, sprawa i tak się przedawniła, powinieneś mi być wdzięczny, że cię nie wsypałam.
- Sano-ojisan, o czym ona mówi? - nie wytrzymałem i popatrzyłem nierozumiejącym wzrokiem na prawnika. - To tylko kolejne kłamstwo, prawda?!
- Hei, potem ci to wszystko wytłumaczę… - mężczyzna odwrócił wzrok, nie chcąc mi spojrzeć w oczy. Musiałem się przytrzymać oparcia krzesła, żeby z niego nie spaść.
- Nie potem, tylko teraz. Ty wiedziałeś, że ona… że ona nie… - nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Moje życie nigdy nie było równiutką układanką, ale zbieraniną niepasujących do siebie elementów trzymających się kupy tylko przypadkiem. Teraz zaczynały się sypać zupełnie. Zrobiło mi się ciemno przed oczami.
- Nie wygląda pan najlepiej - stwierdził sędzia, ale nie byłem pewny, do kogo. - Czy powinniśmy zrobić chwilę przerwy? - podniosłem wzrok, żeby sprawdzić, kogo pyta. Mężczyzna patrzył prosto na mnie spokojnie.
- Prosiłbym - odpowiedziałem w końcu cicho.
- W takim razie zarządzam dziesięć minut przerwy, powód może opuścić salę - gdy tylko sędzia wypowiedział te słowa, podszedł do mnie Soujirou i protekcjonalnie położył rękę na moich plecach.
- Chodź, kochanie - wyszeptał mi do ucha, pomagając wstać. Nogi odmówiły mi posłuszeństwa, dlatego musiałem się oprzeć na szerokiej piersi aktora.
Wyszliśmy, a tuż za nami podążył Sano-ojisan. Kątem oka zobaczyłem jeszcze rozśmieszoną raszpę, a jej kpiącego uśmiechu nie zapomnę chyba do końca życia.
Soujirou posadził mnie na ławce przed salą, podał butelkę zabraną jeszcze przed wyjściem i usiadł obok, pozwalając, bym oparł się na jego ramieniu. Przez kilka minut walczyłem jeszcze z brakiem powietrza w płucach i przemożną chęcią ucieczki.
-    Souji… - wyszeptałem w końcu łamiącym się głosem i wtuliłem w materiał jego kurtki. Nigdy bym nie przypuszczał, że wiadomość o tym, że ta stara prukwa nie jest moją matką tak mocno mnie zaboli. Czułem się oszukany, ale nie przez nią, a przez własnego ojca i wszystkich dookoła. Dlaczego nikt mi nigdy nie powiedział, że moja prawdziwa matka jest gdzieś indziej?! Być może tęskniła za mną i była wspaniałą kobietą, dzięki której wszystko wyglądałoby dzisiaj inaczej...
- Cii, mój mały lisku, nie myśl o niczym - wyszeptał niskim głosem Soujirou, głaszcząc mnie po włosach.
- Hei, możemy na chwilę? - spytał w końcu Sano-ojisan, stojąc oparty o ścianę naprzeciwko.
- Dlaczego mi nigdy nikt nie powiedział? - spytałem zamiast tego.
- O wszystkim wiedzieliśmy tylko ja i Sayie-chan. I twój ojciec, oczywiście - przyznał mężczyzna. Irytowało mnie, jak spokojny był jego głos, gdy to mówił. Soujirou wyraźnie to zauważył, bo czule zgarnął włosy z mojego czoła za ucho i pogłaskał mnie po szyi. Wzdrygnąłem się, gdy poczułem jego zimny dotyk, ale nie zaprotestowałem, powtarzając sobie w myślach, że przecież Soujirou nic mi nie zrobi. Trochę pomogło. - To on chciał, żeby twoje pochodzenie zostało sekretem, a ja nie miałem powodu mu odmówić. Dopóki żył Liwei, myślałem, że sam ci to powie, a potem zawsze była nieodpowiednia chwila. Szczerze mówiąc jestem zdziwiony, że Sayie-chan tak długo nic ci nie powiedziała. Chociaż może wiedziała, że i tak nic to by nie zmieniło w obecnym stanie papierów.
- Kim ona jest?
- Twoja matka? - skinąłem lekko głową. - Nie mam pojęcia, Liwei nie chciał mi nic powiedzieć bez względu na to, ile pytałem. Zastanawiałem się nawet nad tym i doszedłem do wniosku, że to chyba musiała być jakaś kokko spotkana w Chinach, inaczej nie odziedziczyłbyś czarnych genów, prawda? Liwei dość często jeździł wtedy do Chin na życzenie ojca i kilka dni po jednym z przyjazdów po prostu przyszedł do mnie z małym becikiem na rękach - dopiero po słowach mężczyzny zorientowałem się, że faktycznie, mogłem być kokko jedynie wtedy, gdyby matka była równie wysoko w hierarchii Vulpes. Sam nie wiedziałem, dlaczego do głowy mi przyszła Lucy.
- Tata mówił coś o mojej matce? - spytałem po chwili milczenia.
- Wspominał, że była to piękna i mądra kobieta, dzięki genom której jego syn na pewno wyrośnie na najlepszego człowieka, jakiego był sobie w stanie wyobrazić. Mówił też, że nie mogłeś zostać przy matce przez jej trudne położenie, ale nie chciał wejść w szczegóły, więc ci nie powiem, o co chodziło - mężczyzna podszedł do mnie i kucnął tuż przed ławką. - Hei, wiem, że pewnie czujesz się teraz oszukany, ale mogę cię zapewnić o jednym. Twój ojciec kochał cię nad życie i zrobiłby wszystko, żeby zapewnić ci bezpieczeństwo i dobre warunki do życia. Gdy się spotykaliśmy, potrafił kilka godzin przegadać tylko o tobie, o tym, jak zacząłeś stawiać pierwsze kroki, jaki narysowałeś mu rysunek na urodziny, ile już potrafisz przeczytać i tak dalej. Czasami trudno było nawet porozmawiać o temacie spotkania jak się rozkręcił. Nigdy też nie pił, bo twierdził, że powinien być zawsze gotowy do szybkiego powrotu do domu, gdybyś tylko zadzwonił, że coś się stało w domu.
- Więc dlaczego nie powiedział mi, kto jest moją prawdziwą matką, co? Dlaczego trzymał cały czas pod dachem tą sukę, skoro gdzieś tam była kobieta, która by mnie kochała?! - wrzasnąłem na cały korytarz, wstając. - Przecież musiał wiedzieć, że jego żona to kurwa, nawet, jeśli ja się nie przyznawałem do tego, co wiem… - dokończyłem słabym głosem, opadając na ścianę za sobą.
- Nie wiem, Hei, nie mi to osądzić. Wiem tylko, że bardzo długi czas próbował, by Sayie-chan stała się twoją prawdziwą matką.
- Souji… zabierzesz mnie do domu? Dokończcie beze mnie, ja już nie mam na to siły. Niech bierze, co chce i zniknie z mojego życia na tyle skutecznie, bym jej nigdy nie zobaczył na oczy - oznajmiłem sucho i udałem się do wyjścia w towarzystwie Soujirou. Pewnie źle to wyglądało dla sądu, ale było mi wszystko jedno.

- Jeśli masz mi coś do powiedzenia, to zrób to teraz - oznajmiłem beznamiętnym tonem, bezmyślnie zapinając pasy. - Mam dosyć ciągłego rozdrapywania starych ran na raty.
- Nie wiem, o czym mówisz, mój mały lisku - głos Soujirou był jak zwykle miękki i melodyjny.
- O naszym rozstaniu - jeżeli miałem też stracić mężczyznę, wolałem, by stało się to tu i teraz zamiast przeżywać kolejny atak za kilka dni, może tygodni. A że to już koniec, byłem pewny. W końcu jaki normalny człowiek chciałby układać sobie przyszłość z kimś tak wyklętym przez bogów i ludzi, jak ja?
- Jeśli chodzi o mnie, to ostatnią rzeczą, o jakiej myślę, jest rozstanie z tobą - odpowiedział, gładząc mnie po policzku, ale ja w to już nie wierzyłem. Nie istnieją ludzie aż tak idealni i cierpliwi. - I mam nadzieję, że z twojej strony sprawa wygląda podobnie. Pojedziemy do mnie do mieszkania, weźmiesz ciepłą kąpiel i wpakujesz się do łóżka z jakąś dobrą książką, co? - uśmiechnął się lekko w moim kierunku, odpalając stacyjkę. - I nie myśl już o tym, co usłyszałeś przed chwilą, nic dobrego z tego nie zyskasz. Jestem przy tobie i nigdzie się nie ruszam, najdroższy.
----------------------------------------------------------------------------------------------
Powoli zbliża się Halloween. Dla Genusmuto jest to dość niezwykłe święto, dlatego uczcimy je na blogu dodatkowym tekstem - niespodzianką i czymś jeszcze. Co to będzie? Przekonacie się sami, wchodźcie na bloga, bo znacie dzień, ale nie znacie godziny, gdy coś się wydarzy.

sobota, 15 października 2016

Proelium XII

Trzeba było mi zostawić dzieciaka, jeśli nie miałeś zamiaru go odpowiednio wychować. Gdyby twój ojciec się o tym dowiedział, to…

Czyżbyś się stęsknił za starymi śmieciami, co młody? Jakbyś się czuł samotny, to my cię zawsze chętnie przyjmiemy do siebie.

WallE, pamiętasz, jak ci załatwiłem te informacje o SpeedFire’erze? No, to możesz mi się odwdzięczyć.

Lilly, co ty tu…?

Bliźniaki kazały spytać, czy to przez ciebie zniknęła trójka Wilków.

Stary, mam wreszcie te pliki. Wpadnij dzis do Kurokoi.



Wpatrywałem się chwilkę w ekran telefonu, aż w końcu doczekałem się połączenia z Nowosybirska. Odebrałem je, wymruczałem do słuchawki „poczekaj chwilę, przełączę rozmowę” i zmieniłem ustawienia rozmowy tak, że pomiędzy okładkami rzutnika pojawił się nieco rozedrgany trójwymiarowy obraz kobiety w podeszłym wieku. Miała białe włosy obcięte na pazia, twarz poznaczoną zmarszczkami i usta podkreślone wyraźnie różową szminką o lekko fioletowym odcieniu, wpisując się tym w stereotypowe wyobrażenie o Rosjance. Jej oczy były niemal białe, ale i tak można było dostrzec, że były kiedyś zielone. Za nią kamera uchwyciła jeszcze kawałek ściany w kremowym kolorze i częściowo przykrytej dywanem.
- Ty sam teraz? - rozbrzmiało nieco skrzekliwe pytanie z głośnika komórki. Kobieta wyraźnie zaciągała w ten szczególny sposób, jaki zazwyczaj dało się słyszeć u Rosjan na stałe posługujących się swoim językiem ojczystym.
- Tak, bliźnięta jeszcze nie przyszły. Zanim przyjdą, mogę mieć do ciebie pytanie?
- Ty pytaiesz, ja może odpowiem. Szczienok Guyie jest prawie kak moje własne dziecko, mogę mnogo wybaczyć - oznajmiła kobieta. Już od pierwszego wypowiedzianego przez nią słowa słychać było, że przywykła do posłuchu i absolutnej ciszy, gdy mówiła.
- Kojarzysz może nazwisko Bahai? - spytałem, zakładając nogi na siebie i zaplatając na nich ręce. Musiałem przyznać, że nawet przez telefon Tanya Longmilov, dumna potomkini rosyjskich smoków, robiła wielkie wrażenie i musiałem uciekać się do tych wszystkich psychologicznych sztuczek z postawą, żeby nie położyć po sobie uszu pokornie. W przeciwieństwie do Zu, czy Bahaia, nie sprawiała wrażenie osoby wyjątkowo silnej, ale cholernie pewnej siebie. Tak pewnej siebie, że w człowieku pękało poczucie jego własnego ogona.
- To kakij Kitajec, tak? Raczej niet - odpowiedziała spokojnie po chwili zastanowienia.
- A Święte Przymierze Łowców lub coś podobnego?
- U nas oczien mnogo Łowców, może i takije się uchowali - stwierdziła luźno. - A oni kakije ważne persony?
- Być może, szukam właśnie informacji, ale trochę z tym krucho - odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Po wczorajszym seansie nagrania z laboratorium Chue, starałem się wieczorem znaleźć jeszcze coś na Internecie. Odnalazłem jedynie kilka sekciarskich stronek i blogów przypominających raczej jakiś fanklub zblazowanych miłośników teorii spiskowych w książkach fantastycznych, niż coś poważnego, za czym staliby ludzie zagrażający komukolwiek. Chociaż może właśnie w tym tkwił cały problem.
- Cóż, nichiewo nie spotka… - przerwało jej pukanie do drzwi.
- To pewnie oni. Wybaczysz na chwilę - wstałem i podszedłem do drzwi, by je otworzyć. W progu zastałem Jyuuro i Abequę.
- To ona? - spytał chłopak bez zbędnych komentarzy. Kiwnąłem głową twierdząco, wpuszczając dziewczynę do środka. - Przyniosę wam coś mocniejszego dla lepszej atmosfery, jak tylko ogarnę się na sali - stwierdził barman, puszczając do mnie oko.
- Jasne, dzięki stary. Jakby coś, to nikogo tu nie ma.
- Jasne, każdy od czasu do czasu musi się trochę odświeżyć - odpowiedział wesoło Jyuuro. Wolałem go nie wyprowadzać z przekonania, że dziewczyna przyszła tu na schadzkę. Mimo wszystko, był on pośrednio członkiem Czerwonych Sztyletów i mógł mnie wydać, choćby i niechcący, a fakt uprawiania seksu z jakąś przypadkową dziewczyną nie był zupełnie wart jego uwagi.
- Gdzie Shiriki? - spytałem, gdy drzwi się za nami zamknęły.
- Towarzyszy Mikane na pogrzebie brata - oznajmiła, a typowe dla amaroka pozbawienie uczuć w głosie wydało mi się teraz wyjątkowo nieprzyjemne. - Ale ty powinieneś o tym dość dobrze wiedzieć, w końcu przez nasze niedopatrzenie spotkałeś się z nieodpowiednim Hiromu.
- Dla mnie był zupełnie odpowiedni - zachichotałem złośliwie. - Był nawet uroczy. No nic, Tanyu, to jest bardziej urodziwa połówka bliźniaków amaroków - przedstawiłem dziewczynę kobiecie po drugiej stronie połączenia, siadając przed rzutnikiem.
- Abequa, córka Hototo - dziewczyna skinęła krótko głową na znak szacunku i usiadła na fotelu po ukosie.
- Tanya Longmilov - odpowiedziała starsza kobieta. - Pamiętam twojego ojca, był haraszoj dzieciakiem, no trochę zbyt narwanym. Oczien często wchodził w konflikt ze wsiemi bakeneko w okolicy.
- Nasz ojciec nie żyje od przeszło dziesięciu lat - stwierdziła dziewczyna, jak zwykle automatycznie.
- Przykro mienia w takom razie, to bolsza strata dla lykantropów. A ty z bratem amaroki, da? - spytała kobieta z grzeczną ciekawością. Abequa jedynie skinęła głową w odpowiedzi.
- Panie już się sobie przedstawiły, to może przejdźmy do rzeczy, jeśli pozwolicie - obie skinęły głowami i nawet w tak prozaicznym geście było widać wielką różnicę między charakterami. Choć na pozór obie przewodziły dość dużej grupie ludzi, na pierwszy rzut oka można było zauważyć, że starsza kobieta jest pewna i świadoma swojej władzy, a młodsza zyskała ją bez wysiłku i nie zwraca uwagi na ten fakt. Co do mnie… cóż, brakowało mi obu tych cech. - Ze strony Abequa’y wiem, że w ostatnim czasie zaginęło lub zginęło kilka lykantropów, tak?
- Owszem, czwórka naszych ludzi na chwilę obecną jest nie do odnalezienia, a jeden z pewnością jest martwy. Jest to dzieło dokładnie tego samego sprawcy, który zabił wcześniej co najmniej dwóch innych Genusmuto. Możliwe, że to nie wszystko, o nich udało nam się dowiedzieć poprzez znajomości.
- Tokio jest oczien gęsto obitajemie przez Genusmuto czeriez rodziny Guyie. Pocziemu pewność, że to niet zwykłe przypadki ot setkow morderstw? - Tanya zdążyła mnie ubiec w tym pytaniu, choć po zobaczonym wczoraj nagraniu polowanie na zmiennokształtnych wcale nie było rzeczą aż tak niewiarygodną.
- Też tak myśleliśmy, zwłaszcza że ostatnio nawet nas dotknęły jakieś dziwne rewolucje w równowadze sił mafijnych. Myślę, że o tym najlepiej powinien wiedzieć Hei, dlatego pominę wyjaśnienia - tutaj popatrzyła wymownie na mnie, a ja jedynie wywróciłem oczyma. Nie odczuwałem potrzeby wstydzenia się ze swoich mafijnych powiązań. - Ojciec jednego z Wilków jest policjantem niskiego szczebla, dlatego udało nam się dowiedzieć przy okazji zeznawania w sprawie morderstwa Mikano, że przy wszystkich ciałach odnaleziono dokładnie ten sam symbol. Tylko przy Genusmuto.
- Kakoj symbol?
- Krucze skrzydło spętane łańcuchem - wyszeptałem zamiast dziewczyny. Ta popatrzyła na mnie uważnie.
- Podobno nie wiedziałeś nic o sprawie - stwierdziła, a mi się wydało, że przez chwilę przez idealną maskę przebiła się na chwilę podejrzliwość. Pewnie znowu wyobraźnia robiła, co uważała za stosowne.
- Bo nie wiedziałem - westchnąłem, opierając się nonszalancko o oparcie fotela, żeby odciągnąć uwagę umysłu od wspomnień o Chue. - Udało mi się od informatora - Zu by mnie niechybnie zabił w wyrafinowany sposób za takie określenie - pozyskać materiał, na którym pewien mężczyzna zabijał moją mentorkę. Nie była zmiennokształtną, ale  stanęła w naszej obronie nie oddając niebezpiecznego środka w ręce napastnika - musiałem zrobić chwilę przerwy, by opanować tempo i barwę głosu. Wiedziałem, że nie jest to odpowiedni moment na noszenie się z żałobą. Zwłaszcza przy dwóch piraniach, które mogły w przyszłości obrócić to przeciwko mnie. - Ten mężczyzna jest wysoko w hierarchii mojej mafii, ale nie to jest najważniejsze. Twierdził, że jest członkiem… może nawet jakimś lokalnym przywódcą organizacji, którą najlepiej przyrównać do mafii. To całe Święte Przymierze Łowców, czy jak oni się tam nazywają, uroiło sobie jakieś totalne brednie o zagrożeniu ze strony Genusmuto i konieczności ich „wybicia” w celu „oczyszczenia rasy ludzkiej”. Przeglądałem dostępną mi część Internetu i natknąłem się nawet na kilku takich pomyleńców, w większości zafiksowanych fanatyków mylących rzeczywistość z bajkami. Nie zmienia to faktu, że jeśli rzeczywiście znalazło się chociaż kilku wariatów wśród mafii, czy na innych podatnych gruntach, mogą faktycznie nie mieć oporów przed zabijaniem. Ale to tylko moja teoria.
- Eto idiotskaia ideia! - warknęła w ojczystym języku Tanya. - Nikto poważny nie budziet wierzył w bajki urodow!
- Według mnie jest to sytuacja prawdopodobna - oznajmiła Abequa, popierając mnie. - Ludzie zawsze mieli tendencje do tworzenia różnych mitologii niepokrywających się z prawdą, a jeśli jakieś stare sekty przetrwały przez kilkaset lat lub ktoś odkopał stare zapiski tuż po problemach z jakimś Genusmuto, mógł pociągnąć za sobą chociaż kilka osób.
- Dalsze uważam, że to irracjonalnyie. Dwa, czy tri liudi nie będą mafią - kobieta pokręciła głową pobłażliwie.
- Do zabójstwa wystarczy nawet pojedyncze dziecko, jeśli dobrze rozegrać sprawę - włączyłem się do dyskusji. - Ten facet wspominał, że próbuje stworzyć armię i próbował odebrać bardzo mocne serum mogące mu do tego posłużyć. Nie wykluczam, że jest ich kilku. Lub kilku wariatów z bojówką od czarnej roboty na usługach. Dorzucenie do czyjejś roboty z rozkazu swojej ideologii wcale nie jest takie trudne - Tanya westchnęła głęboko.
- Odin raz obiecałam twojemu dziedowi, że budut pomagać jego rodzinie. Dotrzymam umowy i poszliu tiebie moich liudiej, jeśli ich potrzebujesz - oznajmiła, a ja uśmiechnąłem się, w porę orientując, że nie powinienem szczerzyć się jak dzieciak. Opanowałem więc mimikę i skinąłem głową z wdzięcznością. - Więcej nie mogu tiebie obiecać, walczy na swoim terenie sam.
- Jasne, to i tak więcej, niż mógłbym oczekiwać - odpowiedziałem z uśmiechem. - Postaram się informować cię na bieżąco o tym, co się dzieje w Tokio.
- Nie nużno. Poka to lokalnyj problem, nic mnie do tego. Skaży mnie tolka, jeśli sprawa okaże się sierieznaia - stwierdziła spokojnie i rozłączyła się zaraz po tym.
- A ty? - spytałem, zerkając kątem oka na Abequa’ę. - Masz nieco więcej obaw co do tych całych Łowców niż Tanya, nie?
- Owszem - przytaknęła ruchem głowy. - Ale nie mogę ci powiedzieć teraz, czy Wilki będą się z kimś łączyć, zwłaszcza na zaproponowanych przez ciebie zasadach. Jest jeszcze za wcześnie na nasze osądy, to zbyt poważna sprawa, żebym decydowała za moich ludzi.
- W takim razie miłego czekania, aż was po kolei wybiją do nogi - stwierdziłem z udawaną lekkością. - Czekam na odpowiedź dwa tygodnie, potem radźcie sobie sami. Wiecie, gdzie mnie znaleźć w razie czego - odpiąłem kabelek łączący rzutnik z telefonem i wsunąłem ten drugi do kieszeni, a ten pierwszy złożyłem w poręczną walizeczkę. - Tylko, z łaski swojej, drugi raz nie posyłajcie mi tego głąba, bo to aż boli.

Idąc przez las świątynny niemal nie zwracałem uwagi na otoczenie, podążając za ścieżką zapachu. Cały czas zastanawiałem się nad tym, czy powinienem się mieszać do tego rąbniętego pomysłu Bahaia i jego „wielkiego” Przymierza. Może rzeczywiście było to tylko dwóch, trzech świrów z nadmiarem wolnego czasu i testosteronu, a ja wkręcałem sobie bogowie jedni wiedzą co. Jednak miałem przed oczyma ten obłęd w zachowaniu Bahaia z końca nagrania, to przeświadczenie o własnej wielkości. Może i nigdy nie uważałem go za osobowość wybitnie przyjemną, ale z pewnością nie był idiotą. W dodatku, cały czas w głowie siedziała mi ta mistyczna armia. Przecież, nawet, jeśli nie teraz, mógł w przyszłości znaleźć jakiś sposób na skompletowanie jej.
Tylko, czy ja w ogóle powinienem się w to mieszać? Przecież byłem jedynie zwykłym kokko, bez względu na to, jakich cudownych i heroicznych czynów dokonali moi przodkowie. Według legendy tępili złe demony zagrażające ludziom i nauczyli ich wielu sekretów lecznictwa, ale co z tego można było przypisać mnie? To niedorzeczne. Gdybym się nie mieszał w niczyje sprawy to…
Chue. W mojej głowie pojawiło się nagle to jedno słowo i nie chciało jej opuścić. Moja mentorka, dobra przyjaciółka, w zasadzie niemal matka mafijna. Popełniła samobójstwo w niezbyt przyjemny sposób, nie dla jakiś bliżej nieokreślonych Genusmuto. Zrobiła to, by mnie chronić, by Bahai póki co nie miał narzędzia do zaatakowania mnie. Jeśli się zastanowić na poważnie, to może nie zdemolowała swojego laboratorium w przypływie paniki, czy wściekłości, jak początkowo zakładałem. Może zrobiła to właśnie po to, żeby przyciągnąć moją uwagę i żebym od razu stwierdził, że doszło do jakiejś walki.  Może nawet i… nie, za dużo snuję domysłów i odklejonych od faktów domysłów. Nie zmieniało to jednak faktu, że decyzja została podjęta za mnie w momencie, kiedy ten skurwysyn ośmielił się wciągnąć w to wszystko moją kochaną Chue.
Nawet, nie zauważyłem, kiedy znalazłem się przed wejściem do Memoriae. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, było otwarte. Nie powiem, żeby nie wzbudziło to moich podejrzeń. Powęszyłem wysoko w powietrzu, ale zmysły na poziomie kokko nie odszukały nic prócz typowych zapachów lasu i jego fauny.
Wszedłem do środka, cały czas na lekko ugiętych nogach i gotowy do zmiany w zwierzę. Jak zwykle, powitały mnie fotokomórki-pochodnie. Do tej pory były zgaszone, więc może rzeczywiście Xin’ai przestała się bawić w te durne szarady?
Przeszedłem do jednej z salek między regałami. Powoli zaczynałem się już orientować w układzie Memoriae, w tej z pozoru irracjonalnej i nieprzewidywalnej strukturze przewężeń, ślepych korytarzyków i wybrzuszeń. Nie oznaczało to jednak, że byłbym w stanie stworzyć cokolwiek, co można by nazwać planem. Jak sama Xin’ai to stwierdziła, biblioteka była miejscem żywym. W dodatku prawdopodobnie kobietą, bo lubiła być złośliwa i zmieniać położenie książek w najmniej oczekiwanym momencie. Chociaż równie dobrze mogła to być wymówka demonicy po nieodnalezieniu jakiejś książki.
- Jak zwykle w odpowiednim momencie – usłyszałem za sobą. Zdążyłem się już przyzwyczaić do niekontrolowanego pojawiania się i znikania Strażniczki, więc jej nagłe objawienie nie było dla mnie niczym zaskakującym. – Właśnie próbowałam zreperować pewną bardzo starą książkę, masz chwilę czasu?
- Jeżeli jest to książka o Świętym Przymierzu Łowców, to z największą chęcią – odpowiedziałem lekko, przeciągając się. Kobieta zaśmiała się w odpowiedzi.
- Jak ty mnie dobrze znasz. Memoriae cię wybitnie lubi, więc prawdopodobnie możemy porozmawiać dłużej.
- A gdyby mnie nie lubiła? – uniosłem znacząco brew. Mimo gróźb Xin’ai na początku naszej znajomości, jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się wyjść z Memoriae później jak po dwóch, trzech dniach, a znaczna większość spotkań zamykała się poniżej godziny „czasu światowego”.
- Nie kpij, jak będziesz miał odrobinę szczęścia, to pewnie jeszcze natkniesz się kiedyś na Huancho, który tu się zapodział jakieś trzysta lat temu i od czasu do czasu straszy przypadkowych Guyie – Xin’ai uśmiechnęła się złośliwie, a intuicja mi podpowiedziała, że nie kłamała. – Albo jego ścierwo, trudno stwierdzić. W każdym razie, jego biblioteka nie polubiła i biedak nie mógł znaleźć wyjścia, a po jakiś stu latach sobie odpuścił.
- Do rzeczy, kochana, do rzeczy – upomniałem ją.
- Jaki niecierpliwy! Gdybyś miał tyle lat, co ja, już dawno przestało by ci zależeć na paru minutach – prychnęła rozbawiona.
Mimo wszystko, kobieta poprowadziła mnie przez labirynt korytarzy do jednej z większych pustych przestrzeni, teraz malowniczo zawalonej całym stosem książek. Rozejrzałem się wśród nich i zauważyłem, że niektóre były naprawdę stare, pisane jeszcze na antycznym papierze i składane w harmonijkę obite drewnianymi okładkami. Niektóre były opisane z wierzchu po chińsku, niektóre po japońsku lub nawet w językach europejskich. Część nawet doczekała się ilustracji.
- To wszystko to… - zacząłem, ale Xin’ai pokiwała głową.
- Nie „to wszystko”, tylko „tylko tyle” – poprawiła mnie. – Jak skończysz, to mam tak na szybko co najmniej cztery razy tyle. A to tylko podstawowe informacje.
- Co… ale… jak? – wydukałem w końcu. Wiedziałem, że Memoriae jest wyjątkowo wielką biblioteką, ale ten „zestaw podstawowy” liczył co najmniej sto ciężkich tomiszczy i tysiące cieńszych. A mówiliśmy tylko o jednym, dość wąskim temacie.
- Chyba zdążyłeś już się zorientować, że z Łowcami użeramy się już dłuższy czas – stwierdziła, nonszalancko siadając na jednym ze stosików książek. – To jedynie jakiś ogólny rys historyczny i część najczęstszych metod stosowanych podczas polowań.
- Czyli to jednak jest rzeczywiście coś więcej niż kilku oszołomów? – spytałem, wciąż nie dowierzając rozmiarom informacji.
- Tego nie powiedziałam. Nawet ja nie jestem wszechwiedząca. Mogę ci pokazać przeszłość, teraźniejszości szukaj sobie sam – stwierdziła, wzruszając ramionami. Wbrew jej słowom miałem wrażenie, że dokładnie wie, co się dzieje obecnie. Zawsze była lepiej doinformowana od kogokolwiek, ze mną na czele. – Ale to, co kiedyś było potęgą, niekoniecznie teraz musi nią być.
- A Łowcy nią byli?
- Owszem. Jeśli miałabym porównywać, to w moich czasach Łowcy spokojnie mogli się równać liczebnie z demonami czystej krwi, mieli swoje własne sieci informacyjne, ośrodki naukowe i inne takie. Większość „egzorcystów” i innych kapłanów określanych mianem walczących ze złem była po prostu Łowcami – oczy kobiety przeszły dziwną mgłą, jak gdyby przypominała sobie na bieżąco wszystko, co się stało setki lat temu. –Najprawdopodobniej to oni stali za wymarciem demonów pięćset lat temu. Chociaż pewna być nie mogę, równie dobrze późniejsze przechwałki mogły się rozmijać z rzeczywistością, a fala nie była zupełnie z nimi powiązana.
- Fala? – rozsiadłem się ze skrzyżowanymi nogami na podłodze. Miałem dziwne wrażenie, że czeka mnie dłuższa opowieść.
- Szybko łapiesz – demonica skinęła głową z uznaniem. – Tak… "fala" to może niedokładne określenie, ale takie się już przyjęło. Po prostu pewnego dnia zaczęło nagle wymiatać wszystkie demony. Nie umierały, a po prostu rozpadały się na kawałki bez wyraźnego powodu. Część z nas przeżyła, ale był to mały odsetek. Mniej więcej wtedy uciekłam do Memoriae i już w niej zostałam. Z tego, co dowiedziałam się przez informatorów, gdy w późniejszym czasie jakiś demon czystej krwi wychodził z ukrycia, spotykał go taki sam los, jak tych pierwszych. Sam rozumiesz, że mi się póki co nie śpieszy z dezintegracją – przygryzła figlarnie język, ale jej twarz i ton głosu były zupełnie poważne. – Może kiedyś, jak będę miała już dość tego wszystkiego.
- Czyli to nie Łowcy wybili demony?– spytałem, rozumiejąc coraz mniej.
- Tego nie powiedziałam. Możliwe, że to oni wymyślili jakieś tajemne cholerstwo działające na naszą magię, czy coś – kobieta roześmiała się, odsłaniając rząd zwierzęcych zębów. - Ale równie mocno obstawiałabym tajemne Kosmiczne Bractwo Miłośników Dżemu lub układ architektoniczny Marsa.
- A Genusmuto?
- Nie martw się, nie rozpłyniesz się w pianie morskiej – prychnęła. – Moja teoria jest taka, że macie w sobie za dużo pierwiastka ludzkiego, by to „coś” na was działało. Ale to jedynie moja teoria i niekoniecznie musi się zgadzać z rzeczywistością.
- Jasne - mruknąłem pod nosem. – To…
- To weź tamtą białą książkę do domu i ją napraw. Ja się nie mogę dogrzebać do lnianych nici – odpowiedziała, wskazując ręką na bliżej nieokreślony stosik na ledwo trzymającym się na nogach stole. Jak zwykle Xin'ai była krok przede mną, o cokolwiek by nie chodziło.


Zerknąłem niepewnie na Sano-ojisana. Mężczyzna siedział na ławce przed salą sądową z nonszalancko założoną nogą na nogę. Muszę przyznać, że wyglądał naprawdę świetnie w czarnym garniturze z niebieskimi lamówkami klap marynarki i guzikami przy mankietach… tak poważnie i dystyngowanie.
- Jesteś pewien, że wiesz, co robimy? - spytałem w końcu, po czym pociągnąłem spory łyk nieco błękitnawej cieczy z plastikowej butelki.
- Przecież ci mówiłem, że mamy naprawdę duże szanse, tak? Hei, wyluzuj, to tylko sprawa o spadek, nie o ludobójstwo - mężczyzna zerknął na mnie kątem oka znad lektury. - Mam nadzieję, że nie przyniosłeś do sądu nic niepowołanego - dodał, dość jednoznacznie zerkając na trzymaną przeze mnie butelkę.
- Oczywiście, że nie - prychnąłem, nieco urażony. Naprawdę nie rozumiałem, jak mężczyzna mógł mnie posądzić o aż taką lekkomyślność. - Zwykłe zioła na uspokojenie, nic więcej - nie było to do końca kłamstwo, choć i prawda nie była mu bliska. Niebieski kolor woda uzyskała przez zioło pokazane mi przez Xin’ai. A konkretniej wywar z malutkich, niebieskich listków o dość intensywnym, słodkim zapachu. Wcześniej już wypróbowywałem dla pewności specyfik i doszedłem do wniosku, że najlepiej działał jako schłodzony wywar. Napój, który miałem przy sobie był dość mocno rozcieńczony i zabrałem go głównie dla efektu placebo, żeby przekonać własny niepokój, iż wszystko mam pod kontrolą.
- Myślałem, że Soujirou przyjedzie razem z tobą - stwierdził w końcu, odkładając akta.
- Został z naszym nowym podopiecznym - odpowiedziałem wymijająco. Dopiero teraz skojarzyłem, że Sano-ojisan w zasadzie chyba nie wie o Xiaogou… chociaż mogłem się mylić.
- Macie zwierzątko?
- Coś w tym stylu - zachichotałem na porównanie dzieciaka do zwierzątka domowego. Jak dla mnie, określenie to było zupełnie na miejscu, ale podejrzewałem, że Soujirou by się ono zdecydowanie nie spodobało. - Jak to tam w ogóle wygląda? - spytałem, kiwając głową w stronę drzwi sali, przed którą czekaliśmy.
- Tak jak zwykle, wejdź… a, prawda! Twoja ostatnia sprawa była jeszcze przed nowelizacją ustawy o sądownictwie. Oficjalnie stroną pozywającą jest Sayie-chan, więc to ona i Miyagiji-chan będą zeznawać pierwsze, formułując oskarżenia. Potem wejdziemy my i opowiemy naszą wersję, a na koniec odpowiemy na zarzuty, które postawi nam sąd. A dalej po małej przerwie będzie druga część rozprawy, ta ze świadkami, konfrontacją i tak dalej. Wyrok powinien się tak do końca tygodnia pokazać w oficjalnej nocie.
- Mówiłeś, że nie jestem kryminalistą - mruknąłem, przysuwając butelkę do ust.
- To tylko kwestia języka. Po prostu najpierw opowiemy sami, co mamy przekazania, a potem sąd się będzie pytał, a my mu odpowiemy i tyle. A w zasadzie pytać będą ciebie, a odpowiadać będę ja, chyba że będziesz chciał osobiście coś dościślić. Lepiej tego nie rób, nie wiemy, jakie będzie nastawienie sędziego po wystąpieniu naszych dziewczyn, a zły dobór słów może nas później postawić w złej sytuacji. Wszystko jasne? - przytaknąłem, zerkając ukradkiem na zegarek na nadgarstku. Był to stary, szwajcarski chronometr należący wcześniej do matki Soujirou. Nie chciałem go brać, wiedząc o wartości, jaką miał, ale słowa mojego kochanka były jednoznaczne - „Oddasz, jak wygrasz rozprawę”.
Na korytarzu rozległ się stukot obcasów i po chwili zza rogu pojawiły się dwie kobiety. Moja matka ubrała się w dość krótką, czerwoną sukienkę i czarne szpilki robiące wcześniej tyle hałasu, a tuż za nią kroczyła dumnie smukła kobieta koło trzydziestki w czarnej garsonce z niebieskimi oblamówkami, wyglądającej na żeńską wersję garnituru prawniczego. Jej twarz była niemal trójkątna, co podkreślały dodatkowo ostre okulary o czarnych oprawkach i fryzura - wysoki kok z szeroką, prostą grzywką. Kurwa, Hei, nie masz nic lepszego do roboty?! Zastanawiać się nad ciuchami w takiej sytuacji… Sam się dziwiłem sobie, że byłem w stanie zwracać uwagę na takie pierdoły, podczas gdy nie miały one teraz żadnego znaczenia.
- Witam pana, Toguchi-bengoshi - przywitała się wyniośle prawniczka. Od razu zwróciłem uwagę na dobór słownictwa - wręcz pogardliwy i podkreślający pewność siebie kobiety [sufiks „bengoshi” oznaczający prawnika jest używany głównie w mediach, natomiast w bezpośrednim spotkaniu używa się zazwyczaj „sensei”, bardziej grzecznego i uległego. Użycie „bengoshi” w obecnym kontekście jest zdecydowanie mniej grzeczne i może sugerować brak szacunku; przyp. aut.]. - Mam nadzieję, że wie pan, co robi. Szkoda by było stracić tak dobry wynik dla marnych paru yenów - miałem już jej coś odpowiedzieć, gdy Sano-ojisan powstrzymał mnie, kładąc dłoń na moim przedramieniu.
- Wyrok jeszcze nie zapadł, Miyagiji-san - odpowiedział spokojnie i pokazowo zerknął na zegarek. - Do rozprawy jeszcze dwie minuty. Sądzę, że powinna się pani zacząć przygotowywać.
- Odpuść sobie, Sano, za dużo już i tak namieszałeś razem z tym moim niewydarzonym synalkiem - prychnęła raszpa i podążyła za swoją prawniczką. Popatrzyłem na Sano-ojisana, a ten uśmiechnął się ciepło.
- Obie są dość temperamentne, nie przejmowałbym się taką pokazówką - stwierdził luźno, po czym dodał: - Podejrzewam, że chciały ciebie jakoś zastraszyć, żebyś wypadł mniej wiarygodnie. Ale my się nie damy, nie, dzieciaku? - zażartował, popychając ramieniem moje ramię. Nie mogłem się nie roześmiać.

- Więc mówi pan, że pański klient twierdzi jakoby Tsukigami-Honami-san sprowadzał za życia swojego poprzedniego męża mężczyzn w celu odbycia z nimi stosunków seksualnych. Ale czy ma pan na to dowody? Powódka natomiast dostarczyła mi dowody świadczące o dość bogatym życiu seksualnym pana klienta - było już mi niedobrze od całej tej gadaniny. Siedziałem przed sądem już chyba z godzinę, ciągle kręcąc się w kółko. Naprawdę nie wiem, jak Sano-ojisanowi udawało się zachować spokój i cały czas odpowiadać tym formalistycznym tonem. Wolałem nawet nie wnikać, co ta stara prukwa naopowiadała tu przed nami. Gdyby teraz przede mną stanęła, zabiłbym ją nawet i długopisem, którym szurał od dłuższego czasu sędzia, człowiek, delikatnie rzecz ujmując, „niekojarzony z hucznymi imprezami”.
- Z całym szacunkiem, wysoki sądzie, ale życie towarzyskie mojego klienta nie wnosi nic do sprawy. Mówimy tutaj o spadku, który został odziedziczony w momencie, gdy mój klient miał niespełna 14 lat, a jego późniejsze zachowanie nie zmienia faktów zastanych w momencie, o którym procedujemy. Co do dowodów po naszej stronie, ich brak wynika zarówno ze wspomnianego już wieku, jak i zaufania wobec matki i jej poczucia macierzyństwa.
- Pozwany dostał już większość dóbr posiadanych ówcześnie przez pana Guyie, w tym posiadłość o powierzchni przewyższającej rzeczoną oraz sumę pieniędzy pozwalającą na dogodne życie. W jakim celu zatem potrzebna jest pana klientowi dodatkowo posiadłość leżąca w bloku… - mężczyzna zerknął do papierów. Kręciliśmy się w kółko, ciągle i na nowo powtarzając dokładnie tę samą litanię pytań i odpowiedzi różniących się co najwyżej doborem słów. Sam się sobie dziwiłem, że jeszcze nie wstałem i rzuciłem „żona pana sędziula nie lubi, że na siłę tak przedłużasz ten cyrk, czy co?” lub czegoś podobnego. - ...leżącej w bloku 27 Ikebukuro [Japońskie ulice boczne zazwyczaj są nienazwane, natomiast teren zamknięty między nimi jest numerowany. Blok został wybrany losowo i niekoniecznie pokrywa się z rzeczywistością; przyp. aut.]?
- Mój klient twierdzi, że intencją spadkodawcy było przekazanie całości swojego dobytku swojemu synowi, a pominięcie posiadłości, o którą toczy się rozprawa było jedynie wynikiem nieznajomości dokładnych zapisów prawa i jego terminologii. Tsukigami-Honami-san jest obecnie małżonką Honami-sana, w związku z czym możliwa jest jej przeprowadzka do domu swojego małżonka oraz zapewnione są jej warunki bytowe. Zgadzamy się jednak na zadośćuczynienie w postaci czwartej części posiadłości wraz z terenem jej przyległym wypłaconej po sprzedaży terenu - zerknąłem znudzonym wzrokiem na prawnika, ale ten tego nie zauważył. Jego mina nie wyrażała zupełnie nic, jak gdyby był zupełnie przyzwyczajony do takiego powtarzania się po dziesięć razy… W sumie powinien być przyzwyczajony. Jeśli wszystkie rozprawy się tak toczyły, to ja się nie dziwiłem, dlaczego sądy się ciągle rozbudowują żeby wyrobić z terminami.
- Rozumiem. Czy jest jeszcze coś, o czym pana klient chciałby poinformować sąd przed zakończeniem sesji wywiadowczej rozprawy? - tylko szok wywołany przez to zdanie uchronił mnie przed rzuceniem na głos „Wreszcie!”.
- Nie, to wszystko, co mój klient chciałby przekazać wysokiemu sądowi. Chciałbym jedynie nadmienić, iż mediacje zostały zerwane ze strony powódki.
- W takim razie zarządzam półgodzinną przerwę na naradę sądu. Po jej zakończeniu rozprawa zostanie wznowiona na sesji konfrontacyjnej - mężczyzna wstał, a zaraz po nim milcząca dotąd dwójka ludzi po obu jego bokach. Cała trójka wyszła bocznymi drzwiami, a ja pozwoliłem sobie na westchnienie ulgi.
- Już myślałem, że to się nigdy nie skończy - rzuciłem, kładąc się na stole.
- Miyagiji-chan najwyraźniej postanowiła grać na czas, licząc, że nie wytrzymamy presji. Tania sztuczka, ale czasem skuteczna - oświadczył mężczyzna z miną znawcy. - Chodź, wyjdziemy do kawiarni sądowej, nie powinniśmy zostawać na sali sądowej na przerwie.
- Jasne, już nie mogę patrzeć na te ławki… - wymruczałem i z ociąganiem wstałem na równe nogi. - Przejdźmy się, tyłek mi chyba odpadnie zaraz od pleców.
----------------------------------------------------------------------------------------
Dziś w słowie na sobotę dwie ważne sprawy - po pierwsze razem z Mizuką musimy przyznać się do błędu i rozszerzania przestrzeni co najmniej do czwartego wymiaru. W momencie, kiedy to czytacie błąd powinien być już poprawiony, jednak stali Czytelnicy mogą tego nie wiedzieć. W każdym razie, we fragmencie, w którym Hei po raz pierwszy znalazł się u Soujirou, mowa jest o otwartej kuchni naprzeciwko salonu, natomiast w jednym z ostatnich rozdziałów kuchnia ta zmieniła położenie i doczekała się dodatkowej ściany i drzwi (chodzi tu o fragment, w którym Xiaogou tłucze słój z cukierkami). Przyznajemy się do błędu i kajamy. W poprawnej wersji kuchnia jest otwarta, jak to było opisane początkowo, a Xiaogou przebywał w pokoju Soujirou. Za wszelkie problemy związane z naszą wpadką przepraszamy i obiecujemy, że postaramy się ich uniknąć w przyszłości.
Drugą ważną kwestią jest nasze (moje i Mizuki) spotkanie, na którym ustaliłyśmy między innymi to, że serię zamykamy po Proelium XV.  Zgodnie z rozpiską dat będzie to 5. listopada, a Epilog sezonu II ukaże się 12.11. Od tego czasu robimy sobie 2-3 tygodnie przerwy (zależnie od naszych studiów), przez które standardowo zostanie zmieniona szata graficzna, kilka zakładek stałych zostanie przeorganizowanych, a z tekstów dodatkowych pojawi się między innymi wykład o pochodzeniu nazewnictwa różnych Genusmuto.
Z drobiazgów organizacyjnych - playlista dziś jeszcze zmieni się na muzykę celtycką, a do końca weekendu powinnam uzupełnić opisy bohaterów o kilka kolejnych (w tym znanych już nam Wilków).