Zakładki

niedziela, 21 lutego 2016

Somnium I

Przygryzłem nieco wargę, przyglądając się własnemu odbiciu w  lustrze. Czułem się jak idiota z  kilku względów. Po pierwsze - biała koszula, uparcie podkreślająca, jak kościstoblada i wręcz szara była moja karnacja. Można by się kłócić, co było lepszą reklamą proszku do prania - bawełna, czy to, co spod niej wystawało. Po drugie - garnitur. Kto w obecnych czasach jest jeszcze na tyle dużym ignorantem, by nosić czarny garnitur w sytuacjach niebędących pogrzebem lub wieczorowym spotkaniem?! Wiedzą to wszyscy, nawet dzieci… oj, przepraszam. Wszyscy oprócz mojej matki. Aha, jeszcze jedno. Koszula miała krótki rękaw, bo „przecież w domu jest ciepło, nie zmarznę”. Ręce opadają.
Idźmy dalej - ci bardzo ważni, a właściwie, to BARDZO WAŻNI, goście mieli przyjść za pół godziny, o czym dowiedziałem się kwadrans temu. Czy więc, czy zdążę się wykąpać, ułożyć włosy w coś bardziej formalnego niż wysoka kitka z kilkoma warkoczykami i futrzanymi kitkami? Ależ oczywiście, że nie. I czy w związku z tym wyglądałem jak idiota mając na sobie równocześnie garnitur, fryzurę jak z dyskoteki i pluszowe papcie w miśki ze starej czeskiej bajki? No ba!
- Heisuke, pospiesz się! Chciałabym cię jeszcze poinstruować przed przyjściem gości - z dołu dobiegł mnie głos matki. Nienawidziłem jej całym sercem. Było dla mnie oczywiste, że nie wyrzuciła mnie na zbity pysk tydzień po śmierci ojca tylko dlatego, że to na mnie przepisane były w spadku wszystkie pieniądze, posiadłość, w której żyliśmy, kilka hektarów ogrodu, akcje budowlanej „House of Japan” i kolekcja dzieł sztuki - wszystko razem oszacowane na ładne kilka milionów dolarów. Szczęśliwym trafem prawnik ojca z przyzwyczajenia machnął w dokumencie spadkowym adnotację, że osoby trzecie nie mają prawa sprzedaży, wynajmu, ani żadnej innej nieodwracalnej działalności z nieruchomościami i ruchomościami wartościowymi bez zgody właściwego posiadacza. Uchroniło to niemal całe dziedzictwo ojca od masowej sprzedaży za bezcen w celu uzyskania paru groszy na konto tej starej suki. Nie zasługiwała na złamany grosz. Mimo usilnych prób, nie potrafiłem spamiętać nawet połowy imion jej kochanków, bezceremonialnie sprowadzanych niemal ciągle do domu jeszcze za życia ojca. Wiedziałem, że ojciec doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co otrzymywał w zamian za wolność, luksusy i miłość niemal bezwarunkową. Wiedziałem również, że zarówno on, jak i ja, nie mogliśmy nic w tej sytuacji zrobić.
Mlasnąłem zirytowany i syknąłem cicho, gdy poczułem ból ucha. Łańcuszek kolczyka zaczepił się o grubą i zupełnie niepraktyczną tkaninę garnituru. Nie ma takiej, kurwa, opcji! Skrzywiłem się lekko, po czym bez namysłu płynnym ruchem zrzuciłem z siebie marynarkę. Ta wylądowała z delikatnym plaśnięciem na oparciu fotela. Przeszedłem dwa kroki do szafy z ubraniami, a po chwili ze zdecydowanie lepszym nastrojem przyglądałem się sobie, poprawiając grzebieniem fryzjerskim ostatnie zaplątane pod gumką włosy.
Zerknąłem na zegarek. Według staroświeckiego, wskazówkowego mechanizmu była równo za dziesięć piąta, ale wiedziałem, że czas rzeczywisty biegł trzy minuty szybciej od mojego prywatnego. Zachichotałem w duchu, wyobrażając sobie, co właśnie musi robić na parterze stara cholera. Nie, żebym jej współczuł, nawet tak drobna „podłość” z mojej strony była warta swojej ceny późniejszych krzyków i może nawet trzaskania zastawy. Tak, moja matka była z gatunku tych, co w iście kinowym stylu sprawdzały, czy ta tytanowa nietłukąca się porcelana rzeczywiście się nie tłucze. Zazwyczaj tłukła.
Miałem zamiar sięgnąć po schowaną pod biurkiem walizeczkę, gdy dobiegł mnie skrzypiący szczęk bramy wewnętrznej i wiedziałem, że za góra trzydzieści sekund rozlegnie się dźwięk dzwonka u drzwi. Moje okna wychodziły na ogród, a nie dziedziniec, dlatego nawet nie siliłem się na sprawdzenie, kim byli nowoprzybyli. I tak dość szybko się dowiem.
Wróciłem do pierwotnego zajęcia i wysunąłem dość ciężką, zamykaną na zamek szyfrowy skrzynkę z kuloodpornego metalu. Była to jedna z pierwszych rzeczy, jakie otrzymałem jeszcze jako czternastolatek od Xueqinga, dlatego też wzbudzała we mnie jakiś dziwny, nostalgiczny sentyment. Niemal nie patrząc na cyferblat wpisałem kod liczbowy, po czym przekręciłem zapadkę trzy razy w lewo, raz w prawo i raz na dół, a skrzynka otworzyła się z głuchym kliknięciem. Uśmiechnąłem się na widok ułożonych zgrabnie w małe przegródki tabletek i proszków i przez moment się zawahałem.
- Heisuke, mogę cię już poprosić? - dobiegło mnie z dołu. Kolejne drobne, za to bardzo irytujące przypomnienie mi, że matka mnie nie cierpiała w równym stopniu, co ja jej. Nawet udając miłą musiała użyć Heisuke zamiast właściwego Hei. To pierwsze imię pojawiło się w mojej metryce jedynie dlatego, że w okresie moich narodzin rząd dostał jakiegoś piździelca o wynaradawianie się imion i zakazał nazywania dzieci obcojęzycznymi, bez względu na powody takiego wyboru. Jako, że miałem dostać chińskie Hei według życzenia ojca, Chińczyka z pochodzenia, razem z urzędnikiem zadecydowali, że wpiszą zaczynające się tak samo Heisuke, a poza papierkiem i tak nikt nie zabroni nikomu mówienia tak, jak chce.
- Już idę mamo! - zawołałem sztucznym aż do plastikowości głosem i cudem pohamowałem wybuch śmiechu.
Zachichotałem pod nosem i szybką, męską decyzją wybrałem nieco mocniejszą opcję niż początkowo zakładałem. Nawet nie szukałem wody, by przepić małą, jadowicie czerwoną kuleczkę z półpłynną zawartością i niemal od razu poczułem, że specyfik zaczął działać. Wiedziałem, że, jako osoba o bardzo zawyżonym progu tolerancji na substancje psychoaktywne, mogłem liczyć jedynie na lekką poprawę zmysłów i może weselszy nastrój, ale i tak lubiłem wziąć coś dla poprawy humoru. Takie klasyczne placebo w wersji dla wybranych. Przez sekundkę zamyśliłem się, czy nie wziąć drugiej i zaryzykować kolejną złośliwość w postaci poszerzonych źrenic, ale ostatecznie zrezygnowałem z tego. I tak pewnie byłaby to jedynie strata cennej Krwawej Róży. Wsunąłem rozłożone półeczki w obudowę skrzynki, zatrzasnąłem ją i nie siląc się na chowanie wyszedłem z pokoju, gasząc jeszcze światło przeciągnięciem opuszkami palców po czujniku.
Gdy wreszcie pojawiłem się, cała trójka była już w salonie. Trójka, bo najwyraźniej naszymi gośćmi mieli być dwaj mężczyźni. Starszy był w wieku mojej matki, może nieco starszy, młodszy wyglądał na dobrze utrzymane dwadzieścia parę. Od razu to on przykuł moją uwagę. W dobrze dobranym, jasnobeżowym garniturze z kremową koszulą świetnie podkreślił delikatnie opaloną, brzoskwiniową cerę o idealnej wręcz strukturze. Do tego wąski krawat, który niemal natychmiast rozpoznałem jako oryginalny Ulturalle Cravatte, ulubioną firmę krawatów neapolitańskich Zu. Podejrzewałem, że nie jest zwykłym pracownikiem biurowym, bo nie byłem w stanie wyobrazić sobie szefa korporacji, który pozwoliłby pracownikowi na tak ekstrawagancką fryzurę - długie nieco ponad za kark włosy przerzucone był na lewą stronę, z prawej przycięte na krótko, idealnie podkreślając długą, smukłą twarz o prostym nosie i spokojnych, kasztanowych oczach. Niejasne przeczucie podpowiadało mi, że już go kiedyś widziałem.
- Już jestem - stwierdziłem pewnym głosem, gdy przez najbliższe kilka sekund nikt nie zauważył opartego o futrynę drzwi mnie.
- No nareszcie, Heisuke. Siadaj i już was sobie przedsta… - matka przerwała w pół słowa, gdy wreszcie na mnie spojrzała. Oj, jak ja uwielbiam słodki smak zemsty. Miałem na sobie przylegające do nóg spodnie typu rurki, w których, jak to określił kiedyś Zu, „wyglądałem tak nieziemsko, że nawet normalni faceci nawracali się na homoseksualizm” i czarną tunikę z odsłoniętymi ramionami i półprzezroczystymi wstawkami niemal na całym lewym boku. Nie przepadałem za aż tak wyzywającym połączeniem, zwłaszcza że w otoczeniu Czerwonych Sztyletów kończyło się to zazwyczaj jednym i tym samym, jednak ta okazja wydała mi się wręcz idealna na odrobinę szaleństwa.
- Coś nie tak? - spytałem słodko, posyłając obecnym niewinny uśmiech. Matka jedynie zacisnęła pięści aż do pobielenia zaopatrzonych w tipsy palców.
- Nie, wszystko w porządku, siadaj już - odpowiedziała w końcu, starając się za wszelką cenę zamaskować wściekłość. Reakcja mężczyzn była zupełnie odmienna - starszy zdawał się zupełnie nie zauważać jakiegokolwiek problemu, a młodszy nawet uśmiechnął się lekko, prawdopodobnie zarówno w uznaniu pomysłu, jak i wyglądu. Wyglądał przy tym na kogoś zupełnie przyzwyczajonego do takich strojów, a wyobraźnia szybko podsunęła mi jego obraz w nonszalancko rozpiętej koszuli i ze zmierzwionymi włosami. Olśniło mnie! Noż cholera jasna, jakim cudem nie skojarzyłem od razu… przecież to było tak oczywiste - przede mną stał jeszcze nie aż tak dawno brylujący w pisemkach dla nastolatek Tasuku-sama z „Karera” [ jap. "Oni"; przyp. aut.]. Z tyłu głowy przeleciało mi kilka migawek z tak popularnego przed rokiem thrillera z charyzmatycznym policjantem śledzącym yakuzę. Tasuku był tam jednym z głównych mafiosów, a jego kwestia „śmierć nie wybiera, ja tak” latała w dosłownie każdym kontekście jeszcze miesiąc po premierze. Tylko jak on miał rzeczywiście na imię… Soujirou? Kojiro? Jakoś tak. Nie wiem, co tu robił, ale już doskonale wiedziałem, co ja będę robił przez najbliższe kilka godzin.
Przeszedłem leniwie przez pokój do wolnego krzesła i odsunąłem je z gracją w sposób, który podpatrzyłem u Huian, jak uczyła dziewczyny kulturalnego i pociągającego zachowania przy klientach z wyższej półki i usiadłem, zwracając przy okazji uwagę mężczyzn na paznokcie zaopatrzone w biało-czarnym wzorek kwiatów na długiej, idealnie wypiłowanej w półkole płytce. Zauważyłem na sobie zainteresowane spojrzenie aktora, dlatego też uśmiechnąłem się do niego nim zwróciłem się w stronę stojącej cały czas i starającej się wyżyć na kurczowo trzymanej w dłoni jedwabnej chusteczce matki. Dlaczego ja nie wpadłem na to wcześniej…
- Więc? - spytałem wyczekująco, zakładając pod stołem nogę na nogę w zupełnie kobiecy sposób. Lubiłem prowokować mężczyzn, jeśli wiedziałem, że nie byli to mężczyźni pokroju Zu i nie grozi mi to wylądowaniem w łóżku na niemoich warunkach. Zresztą nie tylko mężczyzn.
- A, t-tak, tak - wymamrotała szybko i popatrzyła w jakiś taki dziwny sposób na starszego z dwójki. W końcu westchnęła głośno i usiadła.
- W zasadzie, to myślę, że obojgu wam należy się wyjaśnienie - odezwał się głośno starszy mężczyzna. Gdybym miał tak na szybko opisać jego głos, to prawdopodobnie brakłoby mi słów, i to bynajmniej nie przez oryginalność, a dojmującą nijakość. Sam nawet nie do końca byłem pewny, czy jest to głos przyjemny, czy nie - po prostu wręcz niezauważalny, Mr.Nobody i tyle. Człowiek słyszał słowa, ale nie odnajdywał ich autora.
- Coś się stało? - spytał młodszy. Po raz pierwszy dał po sobie poznać, ze też nie wie, dlaczego się tutaj znalazł.
- I tak i nie. Widzisz, ja z matką tego młodego człowieka… - mężczyzna zawahał się i spojrzał na raszpę w poszukiwaniu pomocy. Wyglądała wręcz komicznie, niemal jak zakochana nastolatka na pierwszej wizycie u rodziców chłopaka. Ale przecież nawet ona nie byłaby aż tak bezczelna… chyba.
- Tak. My z Yukihito-chin chcemy się pobrać i wziąć ślub. Już nawet mamy ustalo… - nie dokończyła, bo przerwał jej mój śmiech. Ja pierdolę, ona na serio sobie jakiegoś fagasa nowego przytachała!  Oż by…
- C-coś nie tak? - spytał nieco przestraszony „narzeczony”. Widać było po nim, że moja reakcja była ostatnią, jakiej oczekiwał. Popatrzyłem na niego z mieszanką litości i rozbawienia.
- Nieeeeee, skądże? Po prostu nie spodziewałem się, że ta stara suka znajdzie sobie przydupasa jeszcze zanim ją wykopię z rodowych posiadłości - zachichotałem, zakrywając usta dłonią. No takiej rozrywki, to ja sobie sam bym nie wymyślił nawet w najlepszych i najbardziej odrealnionych scenariuszach. Raszpa popatrzyła na mnie nienawistnym wzrokiem, a ja uśmiechnąłem się jednym z najbardziej bezczelnych uśmiechów, jakie byłem sobie w stanie przypomnieć u Hanghwi. - A co, mamusiu? Nie chwaliłaś się, ilu cię posuwało w łóżku, które dzieliłaś z ojcem?
- Dosyć! - wrzasnęła w końcu, czym zdziwiła nawet biednego glusia. Rozbawiony spojrzałem na nią. Dyszała ciężko, wbijając się kurczowo paznokciami w blat stołu. - Jak dużo musi minąć czasu, żebyś wreszcie zrozumiał, że się zmieniłam, co? Że zrozumiałam własne błędy. Byłam głupia, traktując tak twojego ojca, ale wreszcie to zrozumiałam! - jej ramiona się trzęsły, oczy niemal zupełnie przesłonięte były łzami. A ja patrzyłem na nią z uśmiechem satysfakcji na ustach. - Kiedy mi to wszystko wybaczysz…?! - w normalnej sytuacji pewnie miałbym wyrzuty sumienia… ale ja nie byłem normalny. Po miesiącach praktyki eksperymentów z narkotykami i truciznami na ludzkim ciele nawet najprzeraźliwsze krzyki nie mogły na mnie robić wrażenia, musiałaby zrobić o wiele więcej, żebym zaczął choćby przejawiać oznaki zawahania.
- Kiedy? - prychnąłem, odsłaniając z gracją szyję i unosząc głowę w znaku wyższości. - Powiedzmy, że przemyślę propozycję po twojej śmierci - odpowiedziałem spokojnie. Przelotnie zerknąłem na Tasuku-sama, ciekawy jego reakcji. Nie wydawał się być aż tak spanikowany jak starsza dwójka, powiedziałbym nawet, że na jego twarzy malowało się coś na kształt zrozumienia jakiejś głębszej prawdy objawionej. Wpatrywał się we mnie intensywnie, dlatego też machinalnie uśmiechnąłem się zalotnie.
Przedstawienia na dziś wystarczy. Wstałem i przeciągnąłem się, z kontemplacją wyciągając zaplecione ręce wysoko w górę, po czym powoli i z gracją wziąłem ułożoną w staromodny i niezupełnie zgodny z savoir-vivre’em sposób chustkę i rzuciłem na talerz dla zaakcentowania swojej skończonej obecności przy stole, po czym odszedłem, kołysząc przy tym dystyngowanie biodrami. Przy progu na chwilę się zawahałem i zerknąłem za siebie. Płacząca raszpa była wtulona w swojego „ukochanego”, a na twarzy młodego mężczyzny powoli zaczynało malować się niezrozumienie.
- A, jeszcze jedno - rzuciłem wesołym tonem. - Jak już będziesz chciała się pogodzić, to mogę ci nawet na swój koszt dać tabletki na dobranoc - stwierdziłem luźno i poszedłem na górę do swojego pokoju.
Miałem już otwierać drzwi, gdy powstrzymał mnie uścisk na nadgarstku. Popatrzyłem w stronę zatrzymującego mnie i okazał się nim być młody aktor. Na jego twarzy malowała się determinacja godna wyższych idei, tak więc pewnie szykował się do jakiegoś patetycznego monologu o szacunku dla rodziców i tym podobnych pierdołach bez pokrycia w świecie realnym.
- Możemy przez chwilę porozmawiać? - spytał, a ja ledwo powstrzymałem „a nie mówiłem” przed ujrzeniem światła słonecznego.
- O co chodzi? - spytałem chłodno, wyrywając się z uścisku i opierając nonszalancko plecami o drzwi.
- To prawda, że twoja matka zdradzała kiedyś męża? - czyżby moja intuicja socjologiczna się stępiła? Na ułamek sekundy nie udało mi się zapanować nad mimiką twarzy i podejrzewałem, że mężczyzna też zauważył moje zdziwienie. - Rozumiem, że jesteś bardzo do matki przywiązany, w końcu to twoja jedyna rodzina, ale jeśli chciałeś w ten sposób powstrzymać ich związek, to…
- Chwila, chwila - teraz, to już zupełnie zgłupiałem. Czy ja naprawdę wyglądałem na jakiegoś szczyla z kompleksem Edypa? - Ustalmy fakty. Ty myślisz, że mi na tej suce zależy, tak? - z trudem dokończyłem przez śmiech ostatnie słowa. - No cóż, o to jedno, to ty się nie musisz bać. Bierz ją w cholerę, jeszcze dopłacę, o ile tylko uda cię się odkleić ją od mojego dziedzictwa rodowego i pieniędzy po ojcu.
- Więc chodzi o pieniądze? Mój ojciec jest lekarzem, ja też mam nie najgorszy przychód, więc o to nie musisz się martwić - kolejne wzięte z księżyca pytanie… Ja już nie wiem, czy to ze mną, czy z nim jest coś nie tak.
- Ależ ja się niczym nie martwię. Po prostu poczucie honoru wobec przodków nie pozwala mi na spokojne patrzenie, jak osoba, która przez ładnych paręnaście lat zabijała na raty mojego ojca wydaje jego ciężko zarobione przez kilka pokoleń pieniądze, jakby były jej własnymi - Xueqing pewnie właśnie klepałby mnie po ramieniu z tekstem typu „Widzisz, Xiao Hei, ile można zyskać dostosowując swój styl mówienia do przeciwnika. Nie dajesz mu poczucia wyższości nad tobą”.
- Zabiła…
- Owszem, niemal co tydzień miała nowego kochanka. Nawet jak ojciec umierał w szpitalu, ona pierdoliła się z jakimś młodym przydupasem z Europy. Jeszcze jakieś wątpliwości i pytania? - spytałem sugestywnie i przejechałem językiem po zębach. - Możemy też zmienić temat na przyjemniejszy i zrobić sobie przyjemną wycieczkę do hotelu - mina mężczyzny na moją propozycję była bezcenna. - Żartowałem, i tak pewnie nie byłoby to nic ciekawego z takim lalusiem z telewizji, jak ty - parsknąłem śmiechem, po czym otworzyłem drzwi tyłem i wsunąłem się w szczelinę w futrynie zanim zdążył cokolwiek powiedzieć.
Sięgnąłem po telefon i z lekkim ociąganiem wybrałem na liście kontaktów ten opatrzony imieniem „Yuki-chan”. Przyłożyłem słuchawkę do ucha i niemal od razu po pierwszym sygnale doczekałem się odpowiedzi.
- O co chodzi? - spytał niski, męski głos.
- Zu jeszcze jest u ciebie? - spytałem, starając się ukryć drżenie głosu. Sam nie wierzyłem w to, co właśnie robiłem.
- Tak, a coś się stało? Jakby coś, to mogę się z tobą spotkać w innym budynku - stwierdził spokojnie rozmówca, a w mojej głowie pojawił się wątły głos, by łapać się tej ostatniej deski ratunku złożonej mi przez los. Szybko jednak uciszyłem niepokorne poczucie rozsądku, nie miałem na nie humoru.
- Wręcz przeciwnie. Gdybyś mógł mu powiedzieć, że będę czekał za godzinę w Red Velvet, będę zobowiązany - odpowiedziałem i przerwałem połączenie.

----------------------------------------------------------------------------

Na pasku muzyki wstawiłam 5 najpiękniejszych i najbardziej znanych polonezów. Możecie już zgłaszać propozycje, na jaką muzykę powinnam zmienić za 2 tygodnie track. Rozważam tylko muzykę poważną, trochę edukacji z historii sztuki nikomu nie zaszkodziło. Propozycje mogą być zarówno konkretne, jak i ogólne, np. oberek.
Zapraszam do komentowania.

8 komentarzy:

  1. Hej! Pamiętasz mnie z "zapytaja"? Postanowiłam ocenić Cię jako pierwszą, choć było napisane, że nie zaczynam. Liczę na uczciwość ;)

    Więc tak ;)

    Hmmm... Ogólnie rzecz biorąc, nie moje klimaty ;) Ale przeczytałam i powiem Ci, że nawet nawet... Na pewno jeszcze wrócę! Bardzo ładny styl pisania, rozwijanie fabuły... Super ;) Jak już mówiłam, jeszcze się tutaj pojawię ;)

    dezawi.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Blog został dodany do Katalogu Euforia.
    Pozdrawiam, Białko :>

    OdpowiedzUsuń
  3. Ohmaaaai! No nie, Heisuke to podła i bezwzględna bestia, ale coś czuję, że umie okazać uczucie temu, kto na nie zasługuje. Wydaje się być dość brutalny i nieokrzesany, jakby nie mógł czasami opanować tego co się w nim kumuluje. Przyznam, że w prologu nieco się pogubiłam, ale ten rozdział w sumie szybko się czytało. Momentami nie wierzyłam jak to wszystko szybko poszło! Och, matka, Heisuke to taka żmija fałszywa, nie wiem. Zupełnie nie wierzę w tą jej miłość do pana doktora. Pewnie czuje zagrożenie, że nie dostanie ani jena z tego całego spadku po ojcu Hei, więc musi się zabezpieczyć. Mąż doktorek, pasierb aktor, czego chcieć więcej. :I
    W ogóle ten aktor na początku wydał mi się strasznie biszowaty, a później zdałam sobie sprawę jak ładnie wpisuje się w cały nurt idolek i idolów, i ślicznych aktorów nie do zdobycia przez zwykłych, szarych ludzi i o. Musi być piękniasty, to jasne. Ciekawe jakie tajemnice tak naprawdę skrywa, bo w klimacie opowiadania byłoby chyba, że będzie coś więcej nosił pod tą maską uprzejmości i obycia.
    Masz ciekawy styl pisania, mam wrażenie, że nieco wyzywający, ale pasuje to do gangsterskiego opowiadania. C: Czasami przeszkadzały mi wtrącenia w nawiasach bo wybijały mnie z rytmu czytania. Jak zaczynałam pisać też ich używałam i dopiero jak jedna miła pani zwróciła mi na nie uwagę to doszłam do wniosku, że to racja. Powiedziała mi wtedy, że czasami to, co jest w nawiasach lepiej zastąpić nowym, kolejnym zdaniem zgranym z resztą tekstu, niż właśnie wybijać czytelnika z rytmu niepotrzebnymi wtrąceniami, których wartość merytoryczna czasami jest nawet zbędna w tekście. A jeżeli jest niezbędna można to napisać przy innej okazji. Mam wrażenie, że mi wyszło to na dobre i sprawia, że moje teksty sa bardziej zwarte i płynniej się czytają. Pomyśl i Ty o tym. C:
    To dopiero początek, więc życzę dużo weny i cierpliwości w pisaniu. C:

    Pozdrawiam
    Inga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie Heisuke, tylko Hei! Trzymajmy się prawdziwych imion, a nie tych metryczkowych. Myślę, że drugi, a zwłaszcza trzeci rozdział rzuci trochę inne światło na niego, bo póki co rzeczywiście tylko ta wredna część jego natury się pokazała. Co do mamuśki, to kryje się za tym MrocznaHistoria^tm, więc trochę cierpliwości i się motywacje wyjaśnią. A Soujiro... Souji'emu spoilerów robić nie będę, bo go lubię.
      Nawiasy, nawiasy... Szczerze mówiąc to nie pamiętam ich,muszę popatrzyć... widzę jeden z tymi BARDZO WAŻNYMI, ok, można by opuścić w zasadzie wraz z treścią, po prostu widziałem oczyma wyobraźni Hei'a, który podczas myślenia z palcem w górze uściśla i nie mogłam się opanować. Następny jest kwadraciak, czyli to przypis autorski jest, i jeszcze jeden zwykły, który w zasadzie można by opuścić bez straty na znaczeniu. Ok, mogę obiecać,że postaram się omijać okrągłe i dam przecinki, tak jak to się zwyczajowo robi, choć w zasadzie nie widzę różnicy poza znakiem wskazującym "stopniowanie" wtrącenia. Ale kwadraciaków nie oddam. Powód? Bo te kwadraciaki są równoważne z przypisami i jak mam do wyboru wrzucić przypis tuż przy tekście lub kazać czytelnikowi jeździć góra-dół, bo nie zna języka i chce się dowiedzie, co znaczy jakieś japońskie/chińskie słowo lub zrozumieć matematyczny zapis, to wolę kwadraciaki. Bo taka jest ich rola - objaśnianie czegoś, co istnieje w świecie realnym, ale jest dość duże prawdopodobieństwo, że czytelnik nie zrozumie, jeśli nie "siedzi" w danej działce tematycznej, a Hei tłumaczący sam sobie coś, co doskonale wie to jak dla mnie bardzo sztuczny pomysł. Myślę , że wyjaśniłam im użycie i jakoś przekonałam, albo chociaż usprawiedliwiłam.
      Oj, dziękuję bardzo, zwłaszcza w tym tygodniu, bo dziś i jutro to pewnie od rana do wieczora będę przyklejona do klawiatury, żeby nadrobić następny tydzień na naukę do poprawki.
      Kuroneko

      Usuń
  4. Akcja jest wartka, cały czas coś się dzieje i to zdecydowany plus. Przyznam szczerze, że jestem trochę porażona zachowaniem Heia. Zupełnie rozumiem, że ma o matce zdanie takie jakie ma i przedstawiłaś to w porządku, ale jak zaczął ją wyzywać od "suk" przy, bądź co bądź, obcych ludziach, to byłam zmieszana. I ta rozmowa z Tasuku... chyba muszę się do Heia przekonać, bo jak na razie mam z nim mały "zgrzyt". Jest niesamowicie bezpośredni i otwarty, a mi trudno się do takich postaci często przekonać.
    Podpiszę się pod tym, co o nawiasach napisała Inga. Rozumiem obecność tych kwadratowych, będących zastępstwem krótkich odautorskich przypisów, ale nawiasy jako część tekstu i myśli Heia są moim zdaniem zbędne i dałoby się wpleść to w treść jakoś inaczej.
    Dużo weny życzę i też powodzenia z nauką!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I imię w porządku ;P
      Jak to mówią, wszystko jest względne. W tym język. Hei jest dość przyzwyczajony do "obrazowego", a właściwie, to wręcz obrazkowego języka, dlatego nie ma aż takich oporów przed łaciną, zwłaszcza, jeśli kogoś chce upokorzyć. Może dalsze rozdziały ci trochę zburzą ten na razie ustalony dość na sztywno pogląd na temat jego charakteru. Mam nadzieję, bo jest to trochę takie moje alter ego, a wolałabym, żeby ludzie, których lubię też mnie lubili . Mogę cię zapewnić, że jeszcze cię wiele w nim zaskoczy.
      Tak, tak, wiem, poopuszczam. Jakoś się za bardzo przyzwyczaiłam do akcentowania, co jest główną myślą, a co wspomnieniem lub tylko obrazowym wrażeniem w toku myśli bohatera.
      Hehe, analiza z Badorą taka fajna!

      Usuń
  5. Ok już pierwszy rozdział za mną :D Moja pierwsza reakcja: O nie! Pierwsza osoba! Q_Q Tak wiem... Nie powinnam oceniać tekstu na podstawie narratora, ale nic nie poradzę, że nienawidzę opisów pierwszoosobowych :/ To trochę jakbym czytała... "mój drogi pamiętniczku..." xD Boje się, że główny bohater będzie za bardzo skupiać się na sobie, a otoczenie i inne osoby zostaną potraktowane po macoszemu. Ale postanowiłam być twarda i jak sobie obiecałam, że przeczytam tak się zawzięłam i przeczytałam. I nie żałuję :D
    Mimo pierwszoosobowego narratora czyta się naprawdę przyjemnie. Widziałam wiele opowiadań, fanfików z tym narratorem, które odrzucały mnie po dwóch pierwszych zdaniach. Twój tekst czyta się płynnie i przyjemnie, a jednocześnie nie jest za łatwy i można się chwilkę zastanowić nad tym co się czyta. Nie rozumiem ludzi, którzy wychwalają książki napisane "łatwym" tekstem. No ale to już chyba indywidualna sprawa. Ja lubię jak mam trochę więcej do przemyślenia w książce, a odmóżdżyć mogę się przy filmie czy grze :D
    Już pierwszy rozdział przykuwa uwagę. Jest jednocześnie tajemniczy jak i od razu wprowadza czytelnika w wartką akcję. Ani razu nie poczułam znudzenia czy chęci przewinięcia dalej.
    Hei faktycznie wydaje się wulgarny i szorstki. Jego życie musiało nie być kolorowe, skoro w tak młodym wieku zaczął parać się narkotykami. Jednak nie pałam do niego jakąś niechęcią czy nienawiścią. Do jego matki o dziwo też. Nic na ich temat jeszcze nie wiem i nie wiem też, co mogło wpłynąć na ich obecne zachowanie. Jeśli matka Heia zdradzała jego ojca tak po prostu, bo lubiła się pochędożyć, to faktycznie jest suką. Nie lubię zdrady i w prawdziwym życiu jak i w fikcji literackiej. Ale jeśli był ku temu inny powód... no się może wyjaśni.
    Wracając do Heia. Nie podoba mi się jego styl życia, bo po prostu mam wrażenie, że dzieciak się niszczy... Jednak mogę zrozumieć, że zachowanie matki zniszczyło go i było mu ciężko. Nie było napisane ile miał lat kiedy zmarł jego ojciec, co trochę utrudnia mi ocenę sytuacji. Jeśli jego ojciec był kochającym ojcem i mężem, to powinien zadbać o to, by syn wyrósł na prawego człowieka... Zastanawia mnie co sprawiło, że Hei jest jaki jest. Bo sam fakt, że miał beznadziejną matkę nie tłumaczy go za bardzo. Może złe towarzystwo? To jak potraktował matkę jakoś mnie nie dziwi. Żyje z nią pod jednym dachem, bo musi. Ale wychował się w nienawiści do niej i na pewno nie ma do niej szacunku.
    Tak główkuję, a jeszcze tyle rozdziałów mam do przeczytania... no to lecę do następnego~~ :D

    Pozdrawiam i życzę weny <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wygodniej ci otworzyć PDF? Jest wrzucony do pobrania poprzez dysk google, każdy może go zrzucić legalnie do siebie na komputer.
      Co do Hei'a, to sprawa jest dość skomplikowana. Trochę jest o tym w pierwszej serii, w drugiej ten wątek będzie dość mocno rozwinięty, jak również dużo wcześniejsza historia. Wątek matki też znajdzie odzwierciedlenie w drugim sezonie, w pierwszym w zasadzie nie ma w ogóle jej punktu widzenia. Ojciec Hei'a zmarł niemal dokładnie 5 lat temu (sezon drugi zaczyna się od rocznicy jego śmierci). Myślę, że mogę ci już powiedzieć bez psucia czytania, że niedługo po śmierci ojca pojawił się u niego Xueqing (don Czerwonych Sztyletów) i szantażem zmusił do włączenia się do struktur mafijnych. Dość długo też był wykorzystywany przez Zu i innych wysoko postawionych "brysiów" z mafii. Oczywiście nie chcę go usprawiedliwiać na siłę i nie wiem, kogo ty widzisz, ale dla mnie to jest niepewne siebie dziecko złamane przez wulgarny świat dookoła niego.
      Cieszę się, że nie zniechęciłaś się do dalszego czytania. Jakoś tak mi zawsze wychodzi, że narracją pierwszo- i trzecioosobową piszę w co drugim tekście, teraz wyszła kolej na to . A tak na poważnie, to chciałam dość mocno rozbudować w Nigrum Cor sferę emocjonalną i intencjonalną zamiast jechać głównie na faktach, a czytanie relacji trzecioosobowej przeżyć choćby i ze względu na sam język wydaje mi się jakieś takie toporne. Narracja pierwszoosobowa pozwala na więcej w kwestii formalnej.

      Usuń

1. SPAM, powiadomienia, itp. do Akwizycji.
2. Za wszelkie pozytywne komentarze dziękuję.
3. Za wszelkie negatywne komentarze też dziękuję.
4. Za hejty - oby ci kurczak z lodówki uciekł!