Zakładki

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nigrum Cor III. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nigrum Cor III. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 lutego 2017

Anima IX cz. 1

Część druga pojawi się w tym samym poście koło środy (wytłumaczenie pod rozdziałem).

Możesz powiedzieć Horacio, żeby następnym razem trochę bardziej się postarała.

Mamy nowe ofiary. Jedna tanuki od Łowców i trójka Neko-chan.

Ale powinieneś wiedzieć, że zostanę w związku z Sayie-chan. Poza tym Sayie-chan rozpoczęła terapię u psychologa i myślę, że powoli się zmienia na lepsze.


Potarłem obolały kark i przeciągnąłem się. Poczułem nieprzyjemne uczucie, gdy drugi z trzecim kręgiem szyjnym zmieniły nieznacznie położenie, najprawdopodobniej korygując się. Zdecydowanie nie zaliczyłbym ostatniej nocy do udanych. Świtało i spomiędzy bloków przebijało się oślepiające, czerwono-pomarańczowe światło. Przynajmniej wreszcie wiedziałem, gdzie się znajdujemy. Naprawdę nie rozumiałem, dlaczego wczoraj nie rozpoznałem okolicy - dwie ulice dalej Hori-chan pewnie właśnie wyganiał ostatnich gości przed zamknięciem Kurokoi. Gdybym tylko wczoraj to skojarzył… Podświadomość jednak nieodgadnionymi ścieżkami się wlecze.
Zsunąłem się ze skrzypiącej przy najmniejszym poruszeniu huśtawki i wszedłem do wiaty. Xiaogou spał wciśnięty w kąt, od czasu do czasu dygocząc lekko. Sięgnąłem jego karku i zmierzwiłem długie futro.  Było wychłodzone również tuż u nasady.
- Budzimy się, szczeniaku - oznajmiłem, klepiąc go lekko po czaszce. „Człowieka powinno się budzić wolno, żeby wędrująca przez sen po świecie dusza zdążyła wrócić na czas do ciała.” Sam nie wiedziałem, kiedy to chińskie powiedzonko ojca weszło mi w nawyk i zacząłem się do niego stosować. -Wstawaj, bo cię zostawię samego.
Musiałem jeszcze trzy razy potrząsnąć dzieciakiem, by się zupełnie wybudził. Ziewnął przeciągle, przeciągnął się na sztywnych łapach i otrzepał z resztek snu, po czym popatrzył na mnie wyczekująco.
Bez słowa wstałem i ruszyłem przed siebie, nie patrząc, co robi Xiaogou. Wiedziałem, że podąży za mną. Trochę mnie niepokoiła jego noga, więc nie spieszyłem się zbytnio. Na szczęście nie kulał już, wiec możliwe, że byłem po prostu przewrażliwiony. W końcu doszliśmy przed jeden z nielicznych w okolicy niski budynek z wciąż mrugającym na niebiesko „Kurokoi” w łacińskiej transkrypcji. Podobno miało to przyciągać obcokrajowców, ale przez cały swój pobyt w barze spotkałem może z pięciu nie-Japończyków.
Otwarłem drzwi i skinąłem głową Xiaogou, by wszedł do środka. Bez słowa wykonał polecenie, z ciekawością i lekką nieśmiałością rozglądając się na boki. Gdyby tak się zastanowić, to nie byłem o wiele starszy, gdy pierwszy raz tu się znalazłem.
- Właśnie zamykam, bar jest nieczynny do… - zaczął barman, ale urwał w połowie, gdy wreszcie podniósł głowę znad polerowanego highballa. - No, Hei, znudziło ci się pokolenie plus i odkryłeś w sobie lolicona? Kto to w ogóle jest? - westchnął, odstawiając szkło na tacę, nagle zupełnie zapominając o godzinach otwarcia. Nie pierwszy raz dokowałem się w Kurokoi po ciężkiej nocce.
- Jak ci powiem, że mój dzieciak to ci wystarczy? - spytałem zgryźliwie. - Pożyczysz mi telefon i zostawisz bar otwarty na tyle długo, żebyśmy mogli poczekać, aż ktoś przyjedzie?
- Radzę ci pojawić się dzisiaj wieczorem. I na jednym kieliszku się nie skończy - zastrzegł, grożąc palcem. Gdyby nie ta sukienka, powiedziałbym, że Hori-chan był ideałem mężczyzny. Wiedziałem, że zostawiłby mi nawet klucz zapasowy w razie potrzeby.
- Jutro będę z Lillim, to się odegrasz. Xiaogou, siadaj - poleciłem, wskazując ręka na jeden z foteli i wziąłem od Horiego nieco przestarzały telefon w fioletowej obudowie.
Na szczęście pamiętałem numer Nicholasa. Mężczyzna był niezadowolony moim nagłym zniknięciem, ale nie miałem ochoty tłumaczyć mu się przez telefon. Podobno Soujirou wydzwaniał do niego regularnie przez całą noc. Wiedziałem, że zranię kochanka jeszcze mocniej nie pojawiając się aż do późnego wieczora albo i dłużej, ale nie miałem wyboru. Wymieniliśmy się szybko najważniejszymi informacjami i Nicholas się rozłączył.
Zerknąłem na Xiaogou. Siedział, sącząc przez słomkę przygotowany mu przez Horiego napój, usilnie starając się nie zwracać uwagi na siedzącego obok mężczyznę.
- No więc? - spytał Hori-chan, gdy zauważył, że byłem już wolny. - Co to za dzieciak? Ty jesteś za młody, żeby być jego ojcem, a pan aktor potomstwem się nigdy nie chwalił.
- Powiedzmy, że sierota - odpowiedziałem wymijająco. Barman wiedział, że należę do mafii, ale nigdy nie zdradzałem mu szczegółów. - Ale mieszka u nas od dłuższego czasu. Souji pewnie będzie chciał, żebym go zaadoptował jak już skończę dwudziestkę.
- On też jest… no wiesz?
- Zmiennokształtny? - mężczyzna skinął głową. - Tsa, uroczy z niego psiak.

- No nareszcie xiao Hei zaszczycił nas swoją obecnością - rzucił Zu, gdy tylko przekroczyłem próg swojego laboratorium. Oprócz niego po pomieszczeniu kręcił się Liu.
- Też się cieszę, że cię widzę - mruknąłem, marszcząc nos. Niedawno coś się wylało i wciąż byłem w stanie wyczuć słodkawą woń oparów. Prawdopodobnie był to jakiś odczynnik. - Nie sądziłem, że posłuchasz Shena. Czyżbyś dostał nową zabawkę?
- A co, jesteś zazdrosny? - zaśmiał się bez emocji. - Nie musisz się obawiać, mam tylko jedną ulubioną zabawkę.
- Miało być pozytywnie dla mnie - zauważyłem, przechodząc pod blat, na którym leżała otwarta walizeczką. W środku Liu zebrał już większość potrzebnych mi fiolek z mniej lub bardziej legalnymi lekami nieorganicznymi. Dość sporą część z nich zresztą Sztylety sprzedawały jako dragi. - Sprawa jest. Liu, won, resztę pozbieram sam - zarządziłem tonem nieznoszącym sprzeciwu. Chemik popatrzył niepewnie na Zu, a ten tylko wzruszył ramionami. Zdecydowanie to mi się nie spodobało. Po chwili byliśmy już sami.
- Więc? Coś ty znowu wymyślił? Nie zamierzam być donem, jeśli o to ci chodzi - stwierdził mafioso, płynnie przechodząc na japoński. Miałem wrażenie, że nie lubił ze mną rozmawiać w ojczystym języku, gdy byliśmy sami. Nie, żeby miało to dla mnie jakieś znaczenie.
- Nie podejrzewałem cię o to. W końcu obaj wiemy, że jesteś uparty jak osioł na torach - wzruszyłem ramionami, biorąc do ręki pusty słoiczek i obracając go w palcach. - Po prostu przez durne pomysły Xueqinga muszę osobiście dopilnować, żeby stołek objął Shen.
- A ja mam ci w tym pomóc ponieważ?
- Ponieważ jeśli ktokolwiek nienawidzi Bahaia bardziej niż ja, to jesteś to ty - stwierdziłem spokojnie, przejeżdżając palcem wzdłuż klatki piersiowej Zu. - I zrobisz wszystko, żeby nie był twoim zwierzchnikiem, a wyboru zbyt dużego nie masz.
- Moje przysługi kosztują - Zu przejechał językiem po zębach, ale z jakiegoś powodu nie budziło to już we mnie przerażenia.
- Nie krepuj się - odpowiedziałem obojętnie. Chyba nawet rzeczywiście nie dbałem o to, czy będę musiał przed nim rozłożyć nogi, czy nie.
- Lepiej dla ciebie, żebyś miał dobrze przemyślane, co robisz - mężczyzna uśmiechnął się drapieżnie i przejechał językiem wzdłuż mojej szyi. Skrzywiłem się pod wpływem mokrego dotyku, ale szybko opanowałem odruch ucieczki i odchyliłem głowę w bok, dając mężczyźnie lepszy dostęp do siebie.  Nie czułem zupełnie nic - ani obrzydzenia, ani przyjemności, ani nawet strachu. - Czego chcesz? - wyszeptał mi do ucha Zu i odsunął się. Popatrzyłem na niego nieco zdziwiony.
- Czyżby kryzys wieku średniego? - zaśmiałem się drętwo. Wiedziałem, że kopałem swój własny grób.
- Nie interesuje mnie zabawa, w której to ja jestem zabawką - odpowiedział spokojnie. Nie do końca byłem pewny, o czym mówi, ale wolałem nie ciągnąć tematu na wypadek, gdyby Zu miał się rozmyślić. - Więc?
- W piątek Ruski organizuje na statku przyjęcie, na które masz dostarczyć dragi i panienki, tak? - spytałem wymijając mężczyznę i sięgając po jedną z brakujących substancji.
- Ruski jest wiecznie czysty, nie podrzucisz mu nic.
- Wiem, nie o tym myślałem. Może i nie tak łatwo go otruć jednym wlotem, za to drugi ma aż nadto dostępny - odpowiedziałem, uśmiechając się szeroko. Plotki o haremie tysiąca kobiet Szarilowa i jego upodobaniach do SM były zbyt często powtarzane, by w nie nie wierzyć.
- Skrytobójstwo? - prychnął Zu rozśmieszony. - Od razu cię…
- Wręcz przeciwnie - przerwałem mu. - Martwy Ruski na nic mi się nie przyda. O żywym natomiast słyszałem kilka ciekawych informacji i na pewno będzie zainteresowany, żeby się nie rozprzestrzeniły - uśmiechnąłem się złowieszczo. Bycie traktowanym jak powietrze lub nierozumną lalkę do dymania miało czasem naprawdę zaskakująco wiele dobrych stron. - To jak?
- Jedna. I jak coś wykombinuje, to osobiście ją odstrzelę, a ty lepiej szykuj sobie wystarczająco ciemną dziurę - skwitował w końcu. - Na rano ma stać pod moimi drzwiami z kapciami w zębach.
- Lepiej się nie rozmyśl - odparłem, zamykając kompletną walizkę. - Lisy w potrzasku są nieobliczalne.
----------------------------------------------------------
 Po pierwsze - ze względu na terminy sesji poprawkowej nie byłam w stanie napisać całości na czas, a nie chciałam klepać w klawiaturę bez sensu. Drugą połówkę wstawię do środy, bo po egzaminie będę mieć dwa dni wolnego (o ile zdam, ale rozdział i tak zdążę napisać). Pojawienie się ciągu dalszego poznacie po usuniętym czerwonym tekście z początku postu. Dzisiaj jeszcze pojawi się zapowiedziany tekst SnF. W Personach pojawiły się nowe opisy, równolegle do SnF wstawię galerię, bo muszę ją tylko nieznacznie obrobić.
Po drugie jestem zmuszona poluzować nieco rygor wstawiana tekstów. Sami widzicie, że ostatnio mam problemy natury czasoprzestrzennej. Rozdziały będą się pojawiać w sobotę między godziną 15 a 19 lub niedzielę o tej samej porze. Oczywiście będę się starać wyrobić na zwyczajowy termin.
Jeżeli podobają Wam się moje prace z Galerii, chciałabym Was zaprosić na moją aukcję na olx, gdzie wystawiłam kilka rysunków. Jeżeli będziecie zainteresowani którymś z rysunków, po napisaniu hasła klucz "Betta in blue" automatycznie dzielę wszystkie ceny (poza wysyłką) przez połowę.

sobota, 11 lutego 2017

Anima VIII

Bahai coś wykombinował i przełożyli datę wyboru nowego dona. Na przyszły piątek.

Nie mamy połowy.

Cudowna substancja boskiego pochodzenia, podobno zapewniająca wieczne życie i kontakt ze światem bogów.

O ile mnie pamięć nie myli, to ma się dwóch dziadków.







Już z oddali słyszałem stukot na korytarzu, więc wygasiłem telefon i wsunąłem go do kieszeni. Od jakiegoś tygodnia Horacio przy chodzeniu podpierała się laską. Mi powiedziała, że to sprawa tymczasowa związana z kontuzją na treningu, ale nie byłem tego pewny. Nie zamierzałem naciskać na wyjawienie prawdy, bo i tak by to nic nie dało. Jeśli Horacio uznałaby, że potrzebuje mojej pomocy, zapytałaby o nią. A znając ją, pewnie i nawet zażądała.
Opadłem na łóżko za sobą i wyciągnąłem się, rozkoszując ostatnią chwilą spokoju. Ostatnio wracałem z Memoriae niemal w czasie rzeczywistym. Xin’ai twierdziła, że najwyraźniej biblioteka mnie lubi, ale podejrzewałem, że była to zwykła wymówka. Zresztą, pojawianie się raz po dniu, raz po roku byłoby zupełnie irracjonalne nawet z punktu widzenia jakiejkolwiek magii, więc pewnie demonica chciała mnie tylko nastraszyć. Ale nie to było teraz problemem.
Xin’ai wiedziała, kim była moja matka. Czyżby mój ojciec powiedział jej, gdy tworzył swój jedyny wpis do kroniki? A może już dziadek o tym wiedział? Czemu wiec nie zamieścił tego w kronice? Przecież zapisywał wszystko, nawet ceny biletów metra, czy zakup nowego kimona. A demonica mówiła to z taką pewnością siebie, że nie mogła blefować… Po prostu nie mogła. Nie wierzyłem, że byłaby aż tak okrutna.
- A ty jak zwykle nic nie robisz. Twój dziadek… - zaczęła Horacio, jak zwykle wchodząc jak do siebie. Jako że i tak ją zazwyczaj słyszałem dzięki wyostrzonym zmysłom, nie przeszkadzało mi to aż tak bardzo. Dopóki nie wychodziłem właśnie spod prysznica.
- Też się cieszę, że cię widzę - uśmiechnąłem się szeroko, podnosząc się do siadu. - Musisz wybaczyć, że sam, a nie z dziadkiem. Sama rozumiesz, duchy rzadko kiedy przychodzą na pogawędki.
- Trochę pokory. Ja nie wiem, czego uczą to wasze pokolenie.
- Przede wszystkim pukania - odpowiedziałem z dwuznacznym mrugnięciem. Dopiero teraz zauważyłem, że w drzwiach stała cały czas jakaś mniszka. Miała może piętnaście lat, ale już nosiła strój osoby wysoko postawionej w strukturze Kon-kokko. - To ta dziewczyna, o której mówiłaś?
- Tak, to jest Lao. Wchodź, dziecko - Lao popatrzyła na mnie pytająco, a ja tylko wzniosłem oczy i wzruszyłem ramionami.
- Skoro pani włości tak mówi, to co ja będę się kłócił - prychnąłem zgryźliwie, ale przeoryca tego nie skomentowała. Mniszka weszła nieśmiało i usiadła sztywno przy stole. Nie do końca byłem pewny, czy zachowuje się tak pod wpływem Horacio, moim jako kokko, czy dawno nie widziała żadnego mężczyzny. W każdym razie, nie wróżyłem jej owocnej kariery jako przywódczyni czegokolwiek więcej niż szkolnego kółka fotograficznego. Postanowiłem się zabawić. - Nie sądzisz, że powinienem ją poznać zanim podejmę jakąś decyzję, co?
- Nie krępuj się, po to tutaj przyszłyśmy - kobieta machnęła ręką w zapraszającym geście.
- Nie potrzebuję do tego osób trzecich - dodałem sugestywnie, gdy zapanowała między nami cisza. Westchnąłem i wstałem z łózka, gdy nie doczekałem się reakcji. - Przejdziemy się? - uśmiechnąłem się szarmancko, podając Lao rękę, by łatwiej jej się wstawało. Dziewczyna skinęła krótko i podniosła się z krzesła, ale nie przyjęła mojej pomocy. Nieco zawstydzona poczłapała za mną.
Przeszliśmy półotwartym korytarzem i zeszliśmy w ścieżkę krzewów różanych.
- Kokko-sama? - zaczęła w końcu nieśmiało dziewczyna po dłuższej chwili marszu w milczeniu.
- Ah, no tak. Gdzie moje maniery - uśmiechnąłem się uwodzicielsko. Nie wiem, co teraz działo się w głowie mniszki, ale ja bawiłem się świetnie. Jej reakcje były takie niewinne, wręcz dziecięce. - Hei Guyie - stwierdziłem, wyciągając dłoń.
- Yuzuka Hoto… znaczy się Lao. Przepraszam, kokko-sama - dziewczyna wyraźnie była speszona i nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Chwyciłem jej dłoń mocniej zanim zdążyła ją cofnąć i przystawiłem sobie do ust, całując jak na europejskich filmach. Lao była niemal tak czerwona jak róże na lewo od jej stóp.
- Wystarczy Hei. Nie bądźmy takimi formalistami - puściłem do niej oko i zwolniłem uścisk.
- Ale kokko-sama! Tak przecież nie wypada zwykłym ludziom do… - dziewczyna zawahała się.
- Do bogów, co? - prychnąłem zniesmaczony. Zupełnie nie wiedziałem, co Horacio widziała w tej dziewczynie. Przecież to aż nazbyt zalatywało jakąś prowokacją. Zupełnie, jak gdyby Horacio chciała, żebym… i właśnie w tym momencie zrozumiałem, co wymyśliła ta stara mniszka. - Koniec tej farsy - oznajmiłem, upewniając się, że telefon mam schowany w kieszeni spodni, a nie zostawiłem go w pokoju. Sztylet od Xin’ai też zresztą wisiał mi przy pasku. - Znudziło mi się, wracam do siebie. Możesz powiedzieć Horacio, żeby następnym razem trochę bardziej się postarała - rzuciłem jeszcze raz okiem na zdenerwowaną dziewczynę i odszedłem, zostawiając ją samą sobie. Byłem pewny, że trafi po prostej drodze do świątyni, a przebywanie z nią po zorientowaniu się, że jest podstawiona wydawało mi się zbyt męczące. Tylko co Horacio chciała osiągnąć, przyprowadzając jakieś przerażone dziewczę zamiast prawdziwej wybranki? Pozostawało mi jedynie czekać na rozwój wydarzeń.

Przeciągnąłem się i rozejrzałem jeszcze raz. Od prawie pół godziny siedziałem na zamszonym murku i czekałem, aż wreszcie podjedzie po mnie Nicholas. Powoli już zaczynało mnie irytować rozstawienie nowego telefonu przy przeglądaniu na nim Internetu. Będę musiał rozejrzeć się za tabletem. Albo przynajmniej jakimś poręcznym holorzutnikiem wirtualnym współpracującym z Hitachim.
W końcu z oddali wyłonił się czarny lincoln. Chwilę mu zajęło zanim zrównał się ze mną, powoli tocząc na wolnych obrotach. Bez słowa wsiadłem do środka i zapiąłem pas. Widziałem po Nicholasie, że coś się stało. Jeśli dotyczyło to Genusmuto, to sam zacznie rozmowę. Jeśli tej tajemniczej prywatnej sprawy, decyzja też leżała po jego stronie.
- Mamy nowe ofiary - oznajmił w końcu, ale powiedział to zbyt beznamiętnym głosem, by był to powód jego zdenerwowania. - Jedna tanuki od Łowców i trójka Neko-chan - dodał po chwili. „Neko-chan” - tak skrótowo zaczęliśmy mówić o Felis polującym na terenie Tokio. W sumie, to zaczęło się od zgryźliwej uwagi Nicholasa w stosunku do Dmitrija i tak już zostało. - Tanuki to Hyouko Onitazuka. Niespełna pięćdziesiąt lat, pracowała jako sekretarka w niedużej firmie farmaceutycznej. Nie znam szczegółów, ale Aurelien mówił, że powinieneś ją kojarzyć.
- Onitazuka? - zerknąłem z ukosa na kierowcę, próbując skojarzyć nazwisko. - Onitazuka… Nic mi nie przychodzi do gło… a nie, wiem. O ile dobrze kojarzę, to kiedyś robiła z Zu deale zaopatrzeniowe jakaś Onitazuka. Chyba. Mogę to jeszcze sprawdzić, jak Aurel potrzebuje informacji.
- Nie wyglądał na niedoinformowanego - odparł spokojnie Nicholas, skręcając w lewo w główną ulicę. - Próbował odnaleźć jakąkolwiek rodzinę, ale wiemy tylko tyle, że albo nie posiadała nikogo bliskiego, albo skrzętnie to ukrywała.
- Stawiałbym na to pierwsze - stwierdziłem, zerkając na telefon. Miałem nieodebraną wiadomość od Soujirou. - Szczęśliwe mamusie dwójki dzieci nie wchodzą z własnej woli w szarą strefę.
Soujirou
Cos sie stalo Xiaogou. Musze po niego pojechac, nie matw sie, jak nas nie bedzie w domu. Wrocimy do mnie.
Wysłano o 16.32
Niezadowolony spojrzałem na zegarek. Była prawie osiemnasta, więc pewnie siedzieli już w domu. Obiecałem wrócić przed siedemnastą. Gdzie ten czas poleciał…?
- Daj mi sekundkę, muszę zadzwonić do Soujiego - nie czekając na odpowiedź wybrałem numer do kochanka. Odebrał dopiero po trzecim sygnale.
- Hei, gdzie ty jesteś? Mówiłeś, że będziesz godzinę temu - słyszałem, że mężczyzna się denerwuje. Po raz kolejny dawałem mu powód do stresu.
- Wybacz skarbie, zebranie mi się przeciągnęło i dopiero teraz jestem wolny. Nick mnie już podwozi - powiedziałem przepraszająco, uśmiechając się jak głupi do słuchawki telefonu. - Jesteście w apartamencie, tak?
- Tak. Ja, Xiaogou i mój ojciec. Musicie porozmawiać ze sobą - zmroziło mnie. Co takiego niby miałby mi do przekazania ojciec Soujirou, MĄŻ TEJ SUKI?
- Nie licz na zbyt wiele - wycedziłem w końcu, powstrzymując się przed czymś jeszcze bardziej nieprzyjemnym. Zupełnie nie byłem w nastroju na rozgrzebywanie tej rany. Zwłaszcza po tym, czego dowiedziałem się od Xin’ai. - Co ze szczeniakiem? - zmieniłem temat, celowo używając japońskiego słowa.
- Miał mały wypadek i mój ojciec musiał się nim zająć w klinice, ale wszystko już jest pod kontrolą. Opowiem ci, jak wrócisz - nie wiem, dlaczego, ale wydało mi się, że z jakiegoś powodu był to temat niewygodny dla Soujirou.
- Jak chcesz. Będę za jakieś pół godziny. Do zobaczenia, wu ai [chiń. moja miłość, mój ukochany; przyp. aut.] - rozłączyłem się i westchnąłem ciężko. - Podjedziemy pod jakiś spożywcza po drodze? - spytałem Nicholasa, nie odrywając wzroku od telefonu. Czułem, że jedynie alkohol poprawi mi humor. Dużo alkoholu. W dodatku mocnego.
- Nihonshu? - Nicholas zerknął na mnie znad kierownicy z łagodnym uśmiechem.
- Awamori [nihonshu i awamori - rodzaje japońskiego alkoholu. Pierwszy jest znany w Polsce pod nazwą „sake” oznaczającą w języku japońskim po prostu „alkohol”, natomiast drugi to dość mocny alkohol wywodzący się z Okinawy. Poprawiając Nicholasa, Hei ma na myśli większą zawartość procentową alkoholu w awamori; przyp. aut.] - mruknąłem i odwróciłem wzrok na ulicę. Zupełnie przeszła mi jakakolwiek ochota na rozmowy.

- Xiaogou, noga - poleciłem krótko, nawet nie podnosząc wzroku znad szklanki z sokiem z nashi [nashi - chiński owoc, porównywalny z wyglądu z „naszymi” jabłkami i gruszkami w smaku; przyp. aut.]. Dłonie miałem kurczowo zaciśnięte na niej tak mocno, że aż sam się dziwiłem, że szkło jeszcze nie pękło. Kanapa obok mnie ugięła się nieco pod wpływem ciężaru i chwilę później poczułem łaskoczący dotyk włosów na przedramieniu. Wziąłem głęboki wdech. Musiałem w końcu spojrzeć mężczyźnie w oczy, a obecność dzieciaka w jakiś przedziwny sposób dodawała mi odwagi. - Nie wiem, po co pan tu przyszedł, ale od razu mówię, że nie mam zamiaru zgadzać się na nic, co wymyślił pan z tą suką.
- Hei, kochanie - zaczął Soujirou. Siedział na fotelu naprzeciwko, bo ponoć tak miało być mi łatwiej przeprowadzić rozmowę z jego ojcem. Miałem na ten temat nieco inne zdanie, ale nie chciałem się kłócić. Nie byłem pewny, czy zdołałbym się opanować w porę. - Przecież wiesz, że mój ojciec nie ma złych zamiarów, prawda? Zapewniam cię, że nie stanie się nic podobnego jak z Sayie-san.
- Wiem - uśmiechnąłem się blado. Z jakiegoś powodu nawet nie potrafiłem grać. Robiłem się stanowczo zbyt emocjonalny i niepewny przy Soujirou. Kiedyś nie miałbym takich problemów. - Znasz mnie. Wiesz, że gdybym miał jakieś zastrzeżenia byłbym tu z odpowiednimi tabletkami albo  znalazł dziesięć powodów, dla których pilnie muszę się znaleźć na drugim końcu miasta aż do rana.
- Hei…
- Nie, Sou-kun, Heisuke-kun ma rację - omal nie zrobiłem czegoś głupiego na dźwięk znienawidzonego imienia. Powstrzymał mnie chyba jedynie dzielący nas stół i przeświadczenie, że mord na oczach kochanka nie pomagał w utrzymaniu związku. - W końcu jego matka nie była wobec niego zbyt uczciwa w ostatnim czasie. To normalne, że jest podejrzliwy. Dlatego nie będę wymagał zbyt wiele.
- Wymagał? - prychnąłem zniesmaczony. Czyżby gluś objawiał przede mną swoją drugą naturę? - Nie masz ani prawa, ani możliwości nic mi narzucić.
- Tak… - mężczyzna zamyślił się chwilę i poprawił połę garnituru. - Chyba faktycznie źle się wyraziłem. Chodziło mi po prostu o to, że jestem w pełni świadomy, iż możesz nie chcieć utrzymywać kontaktu z matką. Ale powinieneś wiedzieć, że zostanę w związku z Sayie-chan. Poza tym Sayie-chan rozpoczęła terapię u psychologa i myślę, że powoli się zmienia na lepsze.
- I co, mam wam pożyczyć szczęścia na nowej drodze życia? - nie mogłem tego wytrzymać. Czego ten człowiek ode mnie chciał?! Żebym radośnie zapomniał o tym, z jaką kurwą mam do czynienia i wpadł jej w objęcia?
- Hei - upomniał mnie Soujirou, ale tylko spojrzałem na niego z pogardą. Myślałem, że był po mojej stronie. Że wiedział, co przeszedłem i nie będzie starał się mnie uszczęśliwiać „poważną rozmową” i „wybaczeniem sobie nawzajem win”. Jak widać, myliłem się. - Proszę cię, tak nic nie zmienisz.
- Oczywiście nie mówię, żebyś od razu spotkał się ze swoją matką w domowych warunkach, ale może rozsądnym byłoby przyjść na spotkanie z psychologiem? Mogę ręczyć za Byohira-senseia, to bardzo dobry specjalista. Heisuke-kun, twoja matka…
- To nie jest moja matka! - ze złością postawiłem na stole szklankę z donośnym trzaśnięciem. - A jeszcze raz usłyszę to przeklęte imię, to zapomnę na chwilę, że Soujirou tu jest i po prostu zabiję - syknąłem z bólu, czując, jak we wnętrze dłoni wbijają mi się lisie pazury. Nie byłem nawet w stanie przejąć się tym, że pokazuję swoją zwierzęcą naturę przed kimś obcym. Jak on śmiał… ?!
- Hei, mój mały lisku - Soujirou wyciągnął dłoń w moją stronę chcąc mnie pogłaskać, ale uchyliłem się z wściekłością. To on doprowadził do tej sytuacji i miał jeszcze czelność mnie dotykać?!
- Xiaogou, zostajesz, czy idziesz ze mną? - syknąłem, wstając i narzucając na siebie przewieszoną uprzednio przez oparcie kurtkę. Dzieciak popatrzył spłoszony kilka razy to na mnie, to na Soujirou, ale ostatecznie podążył za mną do przedpokoju.
- Kochanie, gdzie idziesz? - Soujirou zatrzymał mnie w pół kroku nad progiem. - Możemy skończyć tę rozmowę na dziś i wrócić do niej kiedy indziej, jeśli nie czujesz się dzisiaj na siłach.
- Nie ma takiej potrzeby - wyrwałem się mężczyźnie, sięgnąłem jeszcze po stojącą na szafce z butami reklamówkę z dwiema butelkami alkoholu i wyszedłem, a za mną poczłapał wciąż speszony Xiaogou.

Sam nie wiem, ile szliśmy ani w którym momencie z zatłoczonych wciąż ulic weszliśmy w opustoszałą część miasta. Gdzieś w połowie drogi zdążyłem zupełnie opróźnić obie butelki awamori, ale prawie tego nie czułem. Xiaogpo za mną zapiszczał niepewnie, gdy niedaleko nas rozległ się szmer. Machnąłem mu tylko ręką, bo wiedziałem, że był to tylko kot. Nie do końca byłem pewny, dlaczego, ale moje zmysły działały wyraźnie lepiej niż zazwyczaj. Xin’ai mówiła dzisiaj o poczuciu bezpieczeństwa mózgu, ale miałem wrażenie, że w tym przypadku był to raczej jakiś mechanizm obronny.
Snuliśmy się zupełnie już ciemnymi alejkami w nieokreślonym kierunku. Telefon zostawiłem w domu, więc nawet nie wiedziałem, która jest godzina ani nie mogłem do nikogo zadzwonić. Nie do końca też byłem pewny drogi powrotnej.
- Pilnowałeś trasy? - spytałem Xiaogou. Już jakiś czas temu zmienił się w psa i dreptał tuż przy mojej nodze, co jakiś czas potrząsając futrem dla podtrzymania ciepła. Wydawało mi się też, że utykał na tylną lewą łapę.
„Ciemno. Długa droga.” - odpowiedział nieco zawstydzony lykantrop. Nie miałem najmniejszego powodu, by go winić za nasze zgubienie. Podrapałem szeroki łeb między uszami, pocieszając dzieciaka.
Przystanąłem, próbując wymyślić jakikolwiek sposób na dostanie się do znajomej lokacji. Po chwili niezbyt udanych rozważań do mojej głowy przyszedł pomysł na tyle desperacki, co jedyny.
- Słuchaj maluchu. Przyznaję, że nie pilnowałem trasy i nie mam zielonego pojęcia, gdzie teraz jesteśmy. O ile nie masz lepszego pomysłu, to musimy znaleźć sobie jakiś kąt do przeczekania nocy - Xiaogou położył po sobie uszy i zamerdał dwa razy.
„Przewodnik prowadzi.”
- Tutaj niedaleko był plac zabaw, chyba widziałem na nim jakąś drewnianą altankę. Zwiniemy się razem jako zwierzęta i jakoś wytrzymamy, co? - szczeniak szczeknął krótko, zgadzając się. - Tylko musimy się odpowiednio wcześnie stamtąd zwinąć, żeby nas nie znaleźli i nie zadzwonili po hycla, bo będą problemy. Rano powinno nam się udać złapać jakąś taksówkę i odwiozę cie do domu - lykantrop trącił mnie krótko nosem. - A ja mam kilka bardzo ważnych obowiązków, więc nie wiem, kiedy wrócę.
Cofnęliśmy się do placu zabaw. Na nasze szczęście dobrze pamiętałem - nieco na uboczu stała drewniana altana z osłoniętymi trzema ścianami i spadzistym dachem. Mogła pomieścić może piątkę dzieciaków złapanych podczas zabawy przez deszcz.
Kazałem Xiaogou wejść do środka, a sam zmieniłem się w kokko i położyłem od zewnątrz, przesłaniając sobą szczeniaka od wiatru i niemal zupełnie wypełniając ciasne wnętrze. Mimo usilnych prób, nie potrafiłem usnąć, rozmyślając o tym, kim była moja matka i jak wyglądałoby moje życie, gdyby mnie nie opuściła.
-------------------------------------------------------------------------
Pozwolicie, że jeszcze trochę sobie pogra obecna playlista. Mam dość spore problemy techniczne, ale liczę na to, że coś uda mi się wymyślić z miejscem pracy.
We wtorek mamy rocznicę. Obiecuję, że na pewno pojawi się co najmniej OnO i jeden tekst, a pozostałe dwa, jeśli nie uda mi się wygrać z techniką i nie powstaną na czas, ukażą się w jak najbliższej przyszłości. Możliwe, że uda mi się jakoś zmieścić z terminem.
Jak zwykle, nie obraziłabym się na komentarze ;P

sobota, 4 lutego 2017

Anima VII

Jak obiecywałem, jestem tylko i wyłącznie do twojej dyspozycji przez co najmniej tydzień.

Daniel podobno chce cię obsadzić jako ktoś tam i Lilly myślał, że gdybyś przyjął angaż, pojechałbym razem z tobą. Wiesz, włoskie słoneczko, włoskie krajobrazy, włoska miłość i inne takie.

Co ty na to, żebyśmy się tutaj przeprowadzili z powrotem? 







- … raz ostatni. Nie obchodzi mnie, co ci który chuj naopowiadał. Przejeżdżam  we wtorek i dobrze ci radzę mieć gotowy cały zestaw - wydeklamowałem do słuchawki obojętnym tonem, cały czas zerkając kątem oka na popijającego wino Soujirou. Nie miałem najmniejszej ochoty przerywać naszego dwudniowego już „drugiego miesiąca miodowego”, ale rzeczywistość dobijała się aż nazbyt brutalnie.
- Ale panie Tsukigami… - zaczął jąkać głos po drugiej stronie telefonu. Szczerze mówiąc, z nowym chemikiem Czerwonych Sztyletów, Xin Liu, wiedziałem się może dwa razy i za każdym razem w przelocie. Zdecydowanie nie miałem o nim dobrego zdania, zarówno jako o chemiku, jak i mafiosie jako takim. Jąkliwy, wiecznie spłoszony, zupełnie nie potrafił dbać o interesy kogokolwiek ze swoimi włącznie. A co gorsza, miałem wrażenie, że jego wiedza chemiczna kończyła się na edukacji obowiązkowej i przygotowanie narkotyku według z góry opisanej procedury było szczytem zdolności. Gdybym jakimś cudem musiał angażować się jeszcze w sprawy narkotyków Sztyletów, chyba bym go osobiście zadźgał szpatułką za brak kompetencji.
- Guyie - syknąłem, na chwilę zapominając o ostrożności. - Nie wiem, skąd cię Zu z Toshizou wytrzasnęli, ale i tak nie mam ochoty niańczyć takiej starej krowy. Moje ostatnie słowo - wtorek albo szukaj sobie wygodnej kwatery na dnie Sumidy. - rzuciłem ostro i rozłączyłem się. Nie myślałem o morderstwie, to oczywiste. Po prostu miałem wrażenie, że odpowiednia motywacja mogła zdziałać cuda nawet z tak nieelastycznym materiałem.
Odłożyłem na stół nowego CallPhone’a od Soujirou. Elegancki, składany na pół po obręczy ekran i matowa, czarna obudowa z charakterystycznym białym paskiem przez całą długość telefonu nadawały mu „dojrzałego” wyglądu. Początkowo chciałem wziąć zwykłego smartfona, jak zwykle, jednak Soujirou namówił mnie na zmianę przyzwyczajeń. Na szczęście Hitachi wreszcie podpiął się pod Ogólny System Bankowy, więc pozwoliłem sobie na zadowolenie mojego mężczyzny czymś tak trywialnym.
- Coś się stało? - spytał Soujirou, całując mnie delikatnie w czoło. - Co znowu przede mną kryjesz?
- Nic szczególnego - odpowiedziałem, sięgając po prawie pusty kieliszek wina. W dalszym ciągu miałem opory przed odkrywaniem przed kochankiem świata mafii.
- A mówiłeś po chińsku, bo…
- Bo inaczej by nie zrozumiał - dokończyłem za niego z chytrym uśmiechem. Liu podobno przyjechał tu z Hong Kongu. Podobno nawet był uczniem Chue, ale zupełnie tego po nim nie widziałem. Tak właśnie się kończyło szukanie fachowca na ostatnią chwilę i na słowo honoru. - To tylko drobne sprawy w laboratorium Sztyletów. Nie martw się, w nic nowego się póki co nie wpakowałem.
- Wierzę ci - odparł mężczyzna, głaszcząc moją dłoń i patrząc mi prosto w oczy. Wiedziałem, że mnie w tej chwili testował. Czy mówię prawdę, czy wytrzymam jego spojrzenie. Ale tym razem miałem czyste sumienie. - To kto dziś myśli o obiedzie?
- A kto jest władcą patelni? - rzuciłem w odpowiedzi, chichocząc. Soujirou w kuchni był niczym przedszkolak - nie potrafił zupełnie nic, za to miał naprawdę duże chęci na zrobienie czegoś. Zazwyczaj to coś kończyło się trzaskiem i zubożeniem serwisu o kolejny kubek czy talerz. - Dawno nie jadłem nic chińskiego. Może chow me… - nie dokończyłem, bo przerwał mi wściekły dzwonek do drzwi. Popatrzyłem zdziwiony na Soujirou, ale ten tylko wzruszył ramionami. Westchnąłem ciężko i podniosłem się z oparcia fotela, leniwie przechodząc pod drzwi.
W progu zastałem zdyszanego Shena z kaskiem motorowym pod pachą i w skórzanej kurtce. Nie widziałem nigdzie jego motoru, więc pewnie zatrzymał się gdzieś wcześniej. A więc chodziło o Sztylety.
- Stary, musimy pogadać - oznajmił dobitnie i, nie czekając na moja odpowiedź, wszedł do przedpokoju. - Mamy problemy i to poważ… - urwał, gdy zauważył, że nie byłem sam. - Nie wiem, co przerwałem, ale przełóż to sobie na później - zawyrokował w końcu.
- Hei, można wiedzieć, z kim mam przyjemność? - spytał aktor, oparty o framugę z założonymi na piersi rękoma. Widziałem, że nie podobało mu się przybycie Shena. Sam nie byłem zbytnio zadowolony.
- Souji, to jest Shen Fangji, syn mojego poprzedniego dona i dobry przyjaciel. To on mi pomagał załatwić sprawy u Sztyletów, jak mnie posądzono o zdradę. Wspominałem ci o nim parę razy - mężczyzna tylko kiwnął głową zdawkowo i ostrożnie przyjrzał się Shenowi. Miałem wrażenie, że nie było to zbyt fortunne pierwsze spotkanie. - A tobie przedstawiać nie trzeba - machnąłem tylko ręką w kierunku przyjaciela.
- Myślałem, że wyprowadziłeś się już stąd. Dobrze, że Jan mi zasugerowała twój stary dom, bo w życiu bym cię tu nie szukał - oznajmił  szybko i usiadł na fotelu położywszy kas na stole, tuż koło butelki Rotschilda. - Ale mniejsza o to, mamy problem. I to poważny. Prywatny i drażliwy - dodał po chińsku, zerkając wymownie na Soujirou. Westchnąłem głośno i policzyłem w myślach do trzech, żeby nie palnąć czegoś głupiego.
- On i tak o wszystkim wie. Może nawet więcej, niż Jan. I zejdź z tonu, bo cię wypierdolę za drzwi bez skrupułów - odpowiedziałem ostro, całując Soujirou w policzek, żeby chociaż trochę złagodzić jego napięcie. Zupełnie nie rozumiałem, skąd o Shena nagle wzięła się taka agresja. - Więc, o co chodzi? - spytałem, przechodząc z powrotem na japoński. Miałem nadzieję, że był to wystarczająco sugestywny gest.
- Jak ten chuj coś wygada, to obu nas za to odstrzelą.
- Wypierdalaj - syknąłem sztywno. Nie wiedziałem, w co pierdolnął się Shen, ale nie miałem zamiaru pozwolić mu na takie traktowanie Soujirou. A zdenerwowanie zupełnie tego nie usprawiedliwiało i mężczyzna powinien o tym wiedzieć.
- Dobra, już dobra. Lepiej, żebyś wiedział, za kogo ręczysz - westchnął mafioso, zakładając nogę na nogę. - Bahai coś wykombinował i przełożyli datę wyboru nowego dona. Na przyszły piątek.
- Który skurwysyn się na to zgodził? - fuknąłem, zaciskając pięść. Przyspieszenie spraw w Sztyletach było mi wybitnie nie na rękę, ale póki co nie miałem na to większego wpływu.
- Naotaka się zgodził. Już ostatnio ci mówiłem, że zaczyna coś kręcić, ale jak zwykle mnie nie słuchałeś. Gdyby nie Zu, to…
- Gdyby nie Zu, to nie byłoby problemu. Wystarczyło, że chociaż raz odpuściłby sobie dumę urażonych klejnotów i wziął stanowisko po donie - odpowiedziałem, nalewając wina do kieliszka i podałem go Soujirou. Mężczyzna przez chwilę zmierzył mnie wzrokiem, ale przyjął napój. - Nie stój w progu, to nic nie zmieni - stwierdziłem, uśmiechając się lekko.
- Pójdę zadzwonić do ojca. Podobno chciał mi powiedzieć coś ważnego po swojej zmianie - odpowiedział, pocałował mnie przelotnie w policzek, zerknął nieufnie na Shena i poszedł na górę, do mojego pokoju. Mimo wszystko dał mi wolną rękę. Podejrzewałem, ile go musiała kosztować taka manifestacja zaufania do mnie.
- Musiałeś urządzać taką szopkę już od wejścia? Ja ci nie strzelałem takich fochów z Janette.- rzuciłem, gdy tylko wróciłem do salonu.
- Janette to co innego. Jej ufam. A ten twój aktorzyna… - nie skończył, a jedynie mlasnął niezadowolony językiem. Jak zazwyczaj doceniałem ostrożność Shena w kwestii doboru słuchaczy, tak teraz miałem ochotę go rozszarpać. Jak on śmiał sugerować, że Soujirou mógłby cokolwiek wygadać?! - Zresztą, nieważne. Jaki jest ten twój genialny plan, co? Lepiej, żeby był skuteczny.
- Co z Lebiejewem? - spytałem zamiast tego, zerkając odruchowo na telefon. Nikt nie pisał.
- Udało mi się tylko wyciągnąć od niego deklarację neutralności - mężczyzna wzruszył ramionami, ale czułem, że jest tym faktem rozdrażniony. Wyraźnie liczył na lepsze rezultaty negocjacji z frakcją rosyjską. - Nie mamy połowy.
- To, co mamy nam starczy - odpowiedziałem ostrożnie, ale nie do końca byłem tego pewien. Mój pierwotny plan powoli zaczynał się sypać, ale wolałem się do tego nie przyznawać, licząc, że w razie czego zdążę uciec przed najgorszym. - Teraz tylko musimy zdobyć jedną deklarację więcej. Gdzie teraz jest Zu?
- W Tokio, co najmniej do ustawienia się nowych wpływów. Mówił, że chce załatwić swoje prywatne porachunki z kimś, ale nie znam szczegółów - odpowiedział spokojnie. - Ale po co ci on? Liczysz, że tym razem wyciągnie jakiegoś pierdolonego królika z kapelusza?
- Liczę, że wystarczająco mocno nienawidzi Bahaia. A jestem tego prawie pewny. We wtorek będę w Czerwonej Twierdzy. Załatw, żeby Zu był tam wtedy.
- Hei, do cholery, dowiem się wreszcie, coś ty wymyślił? - w głosie Shena po raz pierwszy usłyszałem nutkę zwątpienia. - jesteśmy przyjaciółmi, ale jak przez ciebie coś się stanie Jan, to cię…
- Ja ciebie też jeśli ktoś tknie Soujiego - odparłem z uśmiechem. Szczerze mówiąc, nie wiem, czy długo bym się wahał przed pociągnięciem za spust, jeśli podejrzewałbym Shena o atak na mojego kochanka. - Po prostu daj mi działać.
- Z jakim rezultatem? - syknął mężczyzna ostro, zerkając podejrzliwie na pustą futrynę za sobą. - Do kurwy nędzy, powiedz mi wreszcie, co planujesz.
- W swoim czasie, Shen - uśmiechnąłem się enigmatycznie i przeciągnąłem się teatralnie. Wiedziałem, że zaczynam stąpać po coraz cieńszym lodzie. Ale musiałem zachować spokój i rozegrać wszystko tak, jak sobie zaplanowałem, jeśli chciałem pozostać w jednym kawałku. Shen był osobą spokojną i rozważną. Przyjaźniliśmy się od ponad pięciu lat, w zasadzie od naszego pierwszego spotkania i miałem do niego pełne zaufanie. Ale w dalszym ciągu należał do mafii. Wychował się w mafii, żył w mafii i miał sumienie mafiosa. Wiedziałem, że nie zawahałby się odstrzelić mnie, Soujirou, czy kogokolwiek innego, jeśli wymagałaby tego sytuacja. - Nie chcę ci nic sugerować, ale tak tylko przypominam, że jeśli ja nie doprowadzę planu do końca, to ty na pewno będziesz w głębokiej dupie. Albo jako don, albo jako podwładny Bahaia. Wybierz sobie, co wolisz.

- Wymyśliłaś coś konkretnego? - spytałem, leniwie przyglądając się swoim paznokciom.
- Owszem. Ty za to nie odrobiłeś swojego zadania domowego - odpowiedziała demonica, sięgając w dekolt quipao. Na początku robiło to na mnie jakieś wrażenie, ale teraz zdążyłem się już przyzwyczajać, że Xin’ai albo podrzucała wszystko pod wejście do Memoriae, albo nosiła to między piersiami. Przez jakiś czas nawet rozważałem, czy nie miała wypchanego sztucznie stanika tylko po to, by mogła więcej pomieścić, ale była to teoria zupełnie niedorzeczna.
- O czym ty znowu mówisz? - złapałem w locie rzucone mi pigułki Gwiazdy Śmierci. Dwie zniknęły w nieokreślonych warunkach.
- Miałeś wziąć udział w treningu mnichów. Chyba nie chcesz, żebym cię znowu przećwiczyła, tym razem na poważnie, co?
- Podziękuję - aż skrzywiłem się na wspomnienie „treningu”, jaki zafundowała mi kobieta nie aż tak dawno temu. Nawet pomimo jednej z nielicznych pochwał Dmitrija po tym feralnym wydarzeniu. - Co wymyśliłaś?
- Haoma. Mówi ci to coś? - demonica sięgnęła po staromodną flaszę z jakimś ciemnym płynem i podała mi ją.
- To to? Nie kojarzę - ostrożnie powąchałem ciecz, ale nie wyczułem w niej nic szczególnego poza mdłą słodyczą.
- Oczywiście, że nie - kobieta prychnęła, poprawiając quipao w kolanach. - To jest zwykła woda z kocimiętką, rozrosło mi się ostatnio to zielsko i teraz WSZYSTKO mam z kocimiętką lub berberysem. Szkoda wyrzucić takie ilości - Xin’ai wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się w odpowiedzi na moje pytające spojrzenie. Szczerze mówiąc, jeszcze ani razu nie widziałem tutaj żadnego zioła, czy innej rośliny za wyjątkiem jednego wyschniętego filodendronem w "gabinecie". Z drugiej strony, przecież coś musiała jeść i skądś brać wodę, a Memoriae była na tyle wielka, że nie dotarłem pewnie nawet do procenta jej zawartości. - Mówiłeś, że ci się pić chce. A wracając do haomy, to może soma? Omomi? Czarna śmierć? Elixir Vitae? Wiele było nazw. Cudowna substancja boskiego pochodzenia, podobno zapewniająca wieczne życie i kontakt ze światem bogów.
- O bajki pytaj się Dmitriego, ja jestem tylko chemikiem - prychnąłem, pociągając łyk napoju. Nawet Dmitrij nie słodził aż tak. To by tłumaczyło, dlaczego nie byłem nawet w stanie zidentyfikować zawartości po zapachu.
- Nie pytam o bajki, tylko o historię. W dodatku historię fachu - prychnęła demonica. Wydawało mi się, że była urażona moim komentarzem, ale w żadnym stopniu nie czułem się winny. - Jak zwykle wszystko spada na mnie. Kojarzysz chociaż, że od czasu do czasu na świecie pojawiały się pomysły, żeby być nieśmiertelnym, tak?
- No mniej więcej. A co ma jedno z drugim?
- Nie przerywaj, to się dowiesz - odpowiedziała sucho kobieta. Przez ułamek sekundy chciałem jej przypomnieć, że sama nie pytała, ale ugryzłem się w język. Kłótnia i tak nie miała sensu. - To, co wymyśliłeś to właśnie to. Poniekąd.
- A tak konkretniej? - westchnąłem, opierając się o stolik w przeświadczeniu, że był w miarę pozbawiony kurzu. Myliłem się. Z niezadowolonym cmoknięciem spróbowałem strzepać z siebie pył, ale powiodło mi się jedynie częściowo.
- A tak konkretniej to ciężko mi określić, jaka wariacja tym razem się pojawiła. Co jakiś czas któryś kokko lub zupełnie postronny wymyśla coś, co bardzo ogólnikowo nazywamy serum nieśmiertelności. Nie jestem na tyle głupia, żeby się truć, więc nie próbowałam na smak - popatrzyłem skonsternowany na demonicę, ale zignorowała to. Jak to „nie próbowałam na smak”? Przecież odporność Xin’ai powinna być dziesiątki, jeśli nie setki razy lepsza niż moja. Co prawda nie próbowałem tego konkretnego narkotyku, ale i nie używałem do zrobienia go niczego bardzo szczególnego za pominięciem nowej mutacji maku do opioidów. - W każdym razie w większości przypadków działa to na zasadzie wyważania wszystkich drzwi w mózgu.
- Mów za siebie. Ja tam żadnych drzwi w mózgu nie mam - prychnąłem zgryźliwie, bardziej chyba, żeby odreagować jakoś stres. Co to, do kurwy nędzy, było, że nawet Xin’ai bała się zażyć?! Kobieta obrzuciła mnie lodowatym spojrzeniem.
- Nie udawaj idioty, bo wiem, że nim nie jesteś. W każdym umyśle istnieją blokady, dzięki którym qi przepływa tylko przez określone rejony i nie dotyka miejsc newralgicznych. Coś jak drzwi… albo raczej sito. Tak, sito jest chyba lepszym porównaniem. Nie wszystko, co odbierasz z zewnątrz ostatecznie do ciebie dochodzi, prawda? Powinieneś się już zorientować, że na terenie Kon-kokko twoje zmysły działają lepiej. Nie dostajesz tutaj żadnej supermocy, nie ma tu „uświęconego powietrza”. Po prostu podświadomość genów uznaje, że jesteś tutaj bezpieczny pod względem doznań i opuszcza nieco zapory, bo wie, że umysł je udźwignie. A to cudo - Xin’ai wskazała upazurzonym palcem na trzymany przeze mnie narkotyk - działa jeszcze lepiej, bo przekonuje umysł, że może zupełnie przestać się chronić, przez co do mózgu dociera ostatecznie sto procent bodźców z zewnątrz.
- To chyba dobrze, nie? - spytałem ostrożnie.
- Idealnie wręcz - odparła kobieta lekko. - Tylko, że twój mózg w dalszym ciągu jest tylko ludzki, a nie idealny. Przetworzenie tego zawału informacji zupełnie przeciąża jego możliwości, a każda przeżyta sekunda wymaga wieloletniej pracy mózgu, żeby pojąć wszystko, co do niego dotarło.
- To dlatego wszystkie parametry się nagle stabilizowały, a z dziewczyną nie było żadnego kontaktu - szepnąłem, nagle rozumiejąc. „Nieśmiertelność”… no tak, każda sekunda równoważna latom, minuta wiekom, a godzina… nie byłem na tyle odważny, by próbować sobie to wyobrazić. Wiedziałem tylko, że nie byłem w stanie sobie wyobrazić okrutniejszej śmierci niż ta, którą przeżywała ta niedoszła prostytutka. I Chue. - Jest na to jakaś odtrutka?
- Nie słyszałam, by śmiertelnym udało się zdetronizować bóstwo - demonica zaśmiała się z zupełnie niezrozumiałego dla mnie powodu. - Ale może w końcu pojawi się taki przypadek - dodała. Między nami zapadła cisza. Xin’ai wydawała się rozumieć, że muszę sobie na spokojnie wszystko przemyśleć i nawet nie poruszała się zbytnio.
- Muszę już iść - oznajmiłem w końcu, wstając.
- Jak uważasz - demonica kiwnęła głową zdawkowo. - Twoje plany co do Łowców i przywództwa w tej twojej mafii się nie zmieniły, tak?
- Tak, nie mam powodu ich zmieniać. Muszę się tylko nieco pospieszyć - potwierdziłem, obracając w dłoni fiolkę z Gwiazdą Śmierci.
- W takim razie weź to, może ci się przydać - kobieta sięgnęła do swojego uda i wsunęła dłoń pod rozcięcie w sukni. Chwilę coś robiła przy swojej nodze i wysunęła w końcu spod materiału dość szeroką, krótką pochwę. - Nie wiem, czy będę miała czas, żeby ci to dać przed wyjazdem, więc wolę to zrobić już teraz - oznajmiła. Przyjąłem od niej prezent i chwyciłem za skórzaną rękojeść, chcąc zobaczyć, co to za sztylet był w środku. Wysunąłem ostrze i moim oczom ukazało się dość klasyczne, obusieczne ostrze. Było dość szerokie, ale za to niezwykle wąskie i wręcz prześwitujące, w kolorze ciepłego, kwiatowego różu. Popatrzyłem skonsternowany na Xin’ai, a ta tylko wzruszyła ramionami.
- To nie był mój pomysł, Yidianyuan [chiń. Eden; przyp. aut.] nie należał do mnie tylko do twojego dziadka. Jak go o to zapytałam, to mi powiedział, że "znudziły mu się czerwienie i czernie, które są już wszędzie i wyglądają pretensjonalnie". W każdym razie, radzę ci uważać, bo jest cholernie ostry i przebije nawet stal.
- Jasne - mruknąłem. Już widziałem siebie z tym różowym cackiem. Ktokolwiek mnie zaatakuje, chyba padnie ze śmiechu na sam widok. - Lecę już, muszę się jeszcze przygotować do rozmowy.
- Mhm - przytaknęła Xin’ai i obróciła się na pięcie. Byłem pewny, że zaraz wejdzie za jakiś regał i tyle ją widzieli. - Tylko go nie zgub. To ostrze ma ładnych kilka tysięcy lat i ponoć ma w sobie zaklętą duszę. Szkoda by było, żeby zniknęło od razu po pokazaniu się na słońcu po pięciuset latach.
- Jasne, jasne. Staro… po ilu?! - podbiegłem i szarpnąłem za rękę Xin’ai, żeby nie zdążyła mi się ulotnić przed odpowiedzeniem na pytanie. - Mówiłaś, że to sztylet mojego dziadka, tak? Więc o ile nie miał jakiś dziwnych pomysłów na trzymanie broni w Memoriae to chyba coś ci się pomyliły daty. Ty wiesz, że na Ziemi czas płynie inaczej, nie?
- Możesz mnie nie traktować jak dziecko - fuknęła kobieta, wyrywając nadgarstek z mojego uścisku. - O ile mnie pamięć nie myli, to ma się dwóch dziadków.
- Tak, ale prze… - zawahałem się przez chwilę. Nie, to przecież niedorzeczne! W końcu jednak musiałem zapytać. - Znałaś moją matkę?
- Owszem. I to bardzo dobrze - demonica uśmiechnęła się szeroko, prezentując idealnie białe, idealnie równe ząbki o nieco zwierzęcym kształcie.
- K-kim ona była? - wydukałem, czując, jak zbiera mi się na łzy. Sam nie wiedziałem, czy smutku, żalu, radości, ulgi, czy z jeszcze innego powodu.
- A to już twoje zadanie domowe, żeby to odkryć - odpowiedziała figlarnie kobieta. Tym razem nie udało mi się już jej zatrzymać.
------------------------------------------------------------
Mam nadzieję, że rozdział się Wam podobał. Z kronikarskiego obowiązku melduję, że dotychczasowe egzaminy mam zdane, a do przyszłych mam trochę czasu wolnego. Będę pisać.
Po drugie, dostałam dwie nowe panie do mojego akwarium. Są to bojowniczki Diva i Pika. Piękne i niebywale inteligentne stworzenia. Jako, że nie mogę się nimi nacieszyć, pewnie zaniedbam trochę pisanie na rzecz gapienia się w zbiornik ;D
I ostatnie ogłoszenie parafialne - zastanawiam się, czy nie zacząć publikować NC na wattpadzie. Jestem już prawie przekonana, więc możecie oczekiwać na konkrety za tydzień. Oczywiście zacznę od początku W pogoni za życiem, więc przez jakiś czas będzie tam dość mocne opóźnienie.

sobota, 28 stycznia 2017

Anima VI

Już zaczynałem podejrzewać, że coś mu się stało skoro tak długi czas dzień w dzień jest prawie trzeźwy.

Przez to, że czekałem na ciebie całą noc, skończyłem pierwszopis i mam co najmniej tydzień wolnego.

Cokolwiek by nie mówić, mamy pod sobą jedynie lykantropów i kilku pozostałych Genusmuto, a nie większość. Nie możemy decydować za wszystkich.

Niebiosa się rozstąpią i pojawi się jakaś kurwa na białym koniu, zrobi „bu” i Łowcy sami spierdolą. Niet?  

"Drzwi powoli  zaczęły się uchylać."








Jeszcze chwilę… jeszcze sekundkę, niech otworzy szerzej i…
- Souji! - wrzasnąłem, w ostatniej chwili łapiąc pion i hamując doniczkę. - Souji… - powtórzyłem, niemalże na skraju łez.
- Ja - przytaknął mężczyzna, kiwając zdawkowo głową i zerkając niepewnie na wygaszony korytarz za mną. - A co, czekałeś na jakiegoś innego kochanka?
- Co?! Nie, ja…! - rzuciłem się mężczyźnie na szyję, wtulając w jego odsłoniętą szyję. Nawet do końca nie wiedziałem, kiedy i gdzie pozbyłem się tego nieszczęsnego habazia.  Poczułem, jak mężczyzna pode mną momentalnie zesztywniał, ale po chwili rozluźnił się i przyciągnął mnie do siebie jeszcze bardziej.
- Już, już - wymruczał wprost do ucha tym swoim niskim, chropowatym głosem. - Wiem, że się spóźniłem. Musiałem wykonać na bieżąco drobną poprawkę i nie popatrzyłem na zegarek. No, już, mój mały lisku.
- Cholera, Souji, ja już myślałem, że cię… - wystękałem, zaciskając pięść na koszuli mężczyzny. Spokojna, nieco słodkawa woń piżma wymieszona z zapachem ukochanego działała lepiej od najmocniejszych środków uspokajających. Wreszcie bezpieczny i bez zmartwień.
- Ty też nie dzwoniłeś, mój mały lisku - stwierdził spokojnie Soujirou, sięgając do włącznika światła i zamykając wreszcie za sobą drzwi.
- Gdybyś widział tyle, co ja, też byś się dwa razy zastanowił przed dzwonieniem do kogoś o nieznanym położeniu - wymruczałem wymijająco. Szczerze mówiąc, przez cały ten czas nawet nie przyszło mi do głowy, żeby spróbować samemu się dodzwonić do Soujirou. - Musisz jutro prowadzić? - szybko zmieniłem temat, ciągnąć za sobą mężczyznę do salonu. To tam się wszystko zaczęło i tam się powinno skończyć. A pod hasłem „wszystko” myślałem zarówno o naszym pierwszym spotkaniu, jak i oficjalnym wytoczeniu mi wojny przez matkę.
Soujirou zamruczał przecząco w odpowiedzi i przystawiwszy sobie moją dłoń do ust, pocałował ją delikatnie.
- Jak obiecywałem, jestem tylko i wyłącznie do twojej dyspozycji przez co najmniej tydzień - stwierdził uwodzicielskim głosem, a pode mną się kolana ugięły. Tak cholernie mi brakowało przez ostatnie dni tego Soujirou-casanovy. Soujirou tylko i wyłącznie mojego i tak zniewalającego, że byłbym w stanie wykonać każde jego polecenie nie myśląc nawet przez chwilę, czy może mnie to zabić po drodze. Nie byłem pewny, czy Daniel rozmawiał już z Soujirou, ale jeśli aktor przyjąłby propozycję i wyjechalibyśmy do Włoch, do tych wszystkich „liberalnych” kobiet… Teraz już byłem pewny, że w razie najgorszego niech się wali cały świat, ale nie wypuszczę mężczyzny samego. O tym jednym powodzie mojej decyzji Soujirou oczywiście niekoniecznie powinien się dowiedzieć.
- I innej odpowiedzi nie przyjmuję  - odparłem, wysuwając dłoń spomiędzy palców kochanka i głaszcząc jego policzek wierzchem dłoni. - W razie problemów wepchnij Xiaogou pierwszej napotkanej osobie, teraz jest MOJA kolej.
- Czyżbyś znowu był zazdrosny? - mężczyzna zachichotał, odkładając torbę i kurtkę na fotel. - Myślałem, że już ci przeszło.
- Oczywiście, że nie jestem zazdrosny - prychnąłem w bardzo teatralny sposób, udając obrażonego. O szczeniaka nie.
- Oczywiście, mój mały lisku - Soujirou pocałował mnie przelotnie w żuchwę i oparł się o stojącą za nim kanapę. - A z tym telefonem, to co się stało? - spytał, kiwając głową w stronę leżącego smętnie na podłodze niedobitka.
- Miałem tutaj mały wypadek - rzuciłem wymijająco, spuszczając wzrok. Chyba bym się spalił ze wstydu przyznając do tego, co naprawdę zabiło moją komórkę i dlaczego. - Wolisz białe, czy czerwone wino? Wreszcie na spokojnie mogę się dobrać do barku i nikt mi nie zrzędzi, że to nie dla mnie. Szkoda byłoby tego nie wykorzystać.
- Czerwone. Czerwień zdecydowanie lepiej do ciebie pasuje - stwierdził z delikatnym uśmiechem, a ja skinąłem mu w geście zrozumienia. Byłem prawie pewien, że taki będzie wybór Soujirou, więc zdążyłem już przygotować wcześniej butelkę Rothschilda z 2019 roku. Ojciec zawsze mawiał, że skoro i tak pije alkohol tylko dla smaku, to niech to chociaż ma jakiś smak. A jego poczucie smaku nie schodziło poniżej Grand Cru [GC - klasyfikacja najlepszych win czerwonych według regionu. Tradycyjnie Grand Cru sięga czasów Napoleona i obejmuje region Medoc za pominięciem Haut-Brion; przyp. aut.].
Chwyciłem karafkę ze zdekantowanym już winem za szyjkę w najwęższym miejscu, wyuczonym w laboratorium na chemikaliach ruchem zamieszałem cieczą, żeby odświeżyć ją nieco i nogą otworzyłem sobie drzwi do salonu. Gdy tam wszedłem, Soujirou siedział luźno na kanapie, przeglądając coś na telefonie.
- Ktokolwiek to jest, powiedz mu, że dzisiaj może się wypchać - zażądałem flirciarskim tonem, stawiając na stolę karafkę i dwa kieliszki.
- Przecież mówiłem, że dzisiaj jestem tylko twój - Soujirou pociągnął mnie lekko za włosy w dół i pocałował. Odpowiedziałem mu pomrukiem zadowolonego kota i leniwie odwzajemniłem pocałunek. - Nie upij mnie zbytnio to jutro koło południa się przejedziemy.
- Gdzie? - podciągnąłem się na oparciu kanapy i zjechałem po drugiej stronie, wprost na kolana Soujirou. - Bo dalekich wycieczek nie radziłbym ci planować.
- Po twój nowy telefon, skarbie, to chyba oczywiste. W końcu jakoś muszę się do ciebie dodzwonić, jak już mi wyjedziesz do tych Włoch.
- O, rozmawiałeś już z Danielem - wymruczałem i z aprobatą nadstawiłem się kochankowi, gdy zaczął całować mój odsłonięty obojczyk. - Chwila, jak to: „wyjedziesz”? A ty?
- Z Danielem? O czym ty mówisz? - Soujirou popatrzył na mnie z niekłamanym niezrozumieniem. - Rozmawiałem dzisiaj z Tarnee i mówił, że wybierasz się za jakiś czas do Włoch. Myślałem, że to jakiś twój wyjazd w sprawie Genusmuto.
- Nicholas ci tak powiedział? - westchnąłem ciężko. No to nam się piękny głuchy telefon zaczynał robić… - Byłem z Lillym na kolacji wczoraj, nie? No właśnie, i Lilly mnie spytał, czy nie jesteś zajęty w najbliższym czasie, bo po tej waszej premierze Daniel wyjeżdża do Włoch reżyserować sztukę. Co to miało być… „Sei personaggi” Pirandella bodajże. Daniel podobno chce cię obsadzić jako ktoś tam i Lilly myślał, że gdybyś przyjął angaż, pojechałbym razem z tobą. Wiesz, włoskie słoneczko, włoskie krajobrazy, włoska miłość i inne takie.
- Taaaak - wymruczał uwodzicielsko Soujirou tuż przy mojej skórze, zsuwając rękę na moje udo pod materiał krótkiego kimona, które używałem jako „elegantszego” szlafroka. - I jeszcze mi powiedz, że twoim marzeniem od dziecka było pozwiedzać Rzym.
- Z tobą zawsze. Mogę robić za przewodnika - dodałem z uśmiechem, obejmując mężczyznę za szyję. Gdy zauważyłem na sobie pytające spojrzenie kochanka, roześmiałem się. - Za dzieciaka byłem ładnych parę razy we Włoszech. A potem jeszcze kilka razy w sprawach mafii. No i mam niezłe kontakty jeśli chodzi o mafię sycylijską.
- To ostatnie mogłeś już sobie odpuścić, wiesz? - prychnął, podrzucając mnie delikatnie na kolanach, żebym lepiej się ułożył na nich.
- Ależ to ważne. Z tego, co wiem, to niezłe bagno sobie tam w Europie z tymi arabami ułożyli - wzruszyłem ramionami, rozsuwając szerzej nogi. Powoli zaczynałem się już niecierpliwić, że Soujirou tak odwleka poważniejsze pieszczoty. - Dobre kontakty z mafią są tam lepszym gwarantem bezpieczeństwa jak kordon wojska. Chyba oboje wolimy cię w jednym kawałku, prawda? - sięgnąłem do jego koszuli i bez zastanowienia odpiąłem pierwsze dwa guziki.
- Nie spieszy ci się zbytnio, co? - mężczyzna przytrzymał moją rękę, głaszcząc ją kciukiem. - Noc jeszcze młoda, mój mały lisku.
- Wiem. Ale nie kochaliśmy się już od kilku tygodni - stwierdziłem z wyrzutem. Uwielbiałem długie przekomarzanki z Soujirou, ale teraz nie myślałem już o niczym innym, jak po prostu rozłożyć przed nim nogi i poczuć w sobie jego członka. - Chcę cię poczuć w sobie, Souji - wymruczałem mu prosto do ucha i pociągnąłem za nie. - Teraz.
- Jak dziecko - zaśmiał się mężczyzna i przewrócił mnie na plecy, przygważdżając do kanapy. Sięgnął moich ust, a ja, nie myśląc nawet, co robię, odwzajemniłem pocałunek i przyciągnąłem go do siebie nogami.
Z ust wyrwał mi się pomruk zadowolenia, gdy Soujirou zaczął całować mnie niżej, w szyję tuż przy uchu, a ręką odgarnął połę rozwiązanego już szlafroka. Czułem, jak mój penis powoli zaczyna sztywnieć. Na moje szczęście, pomyślałem wcześniej o przygotowaniu się na seks, inaczej dostałbym teraz chyba szału, gdybym musiał jeszcze czekać.
- Ta-a. Souji - wymruczałem, wplatając palce dłoni w jego włosy, a drugą ręką sięgając rozporka jego spodni. Po omacku rozpiąłem zamek i wsunąłem rękę w bieliznę kochanka. Niespiesznie zacząłem głaskać jego penisa. Czułem, jak mężczyzna pod wpływem mojego dotyku jest coraz bardziej podniecony. - Tę-tęskniłem za tobą.
- Ja też, mój mały lisku - mężczyzna na chwilę odsunął się od mojego obojczyka, żeby spojrzeć mi prosto w oczy. - Jeszcze nie wiesz, jak bardzo - wyszeptał mi prosto w ucho. - Dzisiaj bez furrystycznych dodatków?
- Jeśli tylko chcesz… - zaplotłem nogi na torsie mężczyzny tak, by zwinnym ruchem nauczonym przez Dmitrija przewrócić mężczyznę na plecy i usiąść na jego udach. Wysunąłem lisi ogon i uszy i zastrzygłem nimi. - Mogę? - spytałem, sugestywnie przejeżdżając palcem wzdłuż jego sztywnego członka i oblizałem usta.
- Tak bez przygotowania? - mężczyzna sięgnął mojego policzka i pogłaskał go z czułością. - Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że uzupełniałeś braki z kimś innym.
- Oczywiście, że nie! - prychnąłem. Ta uwaga ubodła mnie do żywego. Nawet bym nie pomyślał, że mężczyzna może posądzić mnie o zdradę. A już zwłaszcza w takiej sytuacji. Czułem, że do oczy napływają mi łzy, zupełnie jak kobiecie. - Nie wierzę, że mogłeś pomyśleć, że…
- Już, już - Soujirou pociągnął mnie w dół do siebie i przytulił mocno. - To miał być tylko żart, ale mi nie wyszedł. Przepraszam, kochanie. Naprawdę, przepraszam. Hei? - Soujirou uniósł delikatnie mój podbródek i popatrzył mi w oczy. Pierwsze niedowierzanie i panikę zastąpiła wściekłość.
- Jesteś okropny - wydusiłem w końcu z siebie.
- Wiem, mój mały lisku. Przepraszam - poczułem delikatny pocałunek na włosach. Wtuliłem się mocno w szeroką pierś Soujirou, starając uspokoić. Mimo wszystko, nie potrafiłem długo gniewać się na kochanka.
Poczułem, że dłoń Soujirou spoczęła najpierw na mojej talii, a potem powoli zaczęła się zsuwać na pośladki.
- Souji - wymruczałem, ale nie zaprotestowałem. Postanowiłem póki co za wszelką cenę powstrzymać się od jakiegokolwiek ruchu i zobaczyć, co zrobi mężczyzna.
- Masz pod ręką coś wilgotnego, czy znowu lejemy wino? - spytał Soujirou, sugestywnie masując mój pośladek. Musiałem walczyć ze sobą z całych sił, żeby nie wypiąć się do jego ręki lub jęknąć.
- W kieszeni mam saszetkę z lubrykantem - wyszeptałem w końcu, co chwilę zaciskając zęby, żeby nie stracić kontroli. Wiedziałem, że Soujirou widzi tę moją walkę i świetnie się nią bawi. - Ale możesz go sobie odpuścić. Jestem dużym chłopcem, zająłem się już sobą jak cię nie było.
- Ja bym ci tam do końca nie ufał, skarbie - stwierdził mężczyzna zaczepnie, wsuwając rękę w kieszeń kimona, żeby wyjąć niezbyt dużą saszetkę. - Przezorny zawsze ubezpieczony - dodał po chwili. W końcu doszukał się saszetki, wyciągnął ją i roztargał rębami. Ze środka wypłynęło nieco półprzezroczystej, lepkiej cieczy o słodkawym zapachu brzoskwini.
Poczułem fale przyjemnego, podniecającego zimna w okolicy odbytu, gdy Soujirou wycisnął lubrykant kilka centymetrów nad moimi pośladkami. Nie powstrzymałem się i sapnąłem z rozkoszą. Mężczyzna w absolutnej ciszy rozmasowywał przez chwilę moje wejście, aż w końcu wsunął w nie zimne od lubrykantu dwa palce. Mimo wcześniejszego przygotowania nie udało mi się powstrzymać grymasu bólu. Mruknąłem, czując, jak z mojego penis zaczynają z niego skapywać pierwsze kropelki preejakulatu.
- Taa-a-ah! - wyjęczałem w końcu, sięgając ust Soujirou i nadstawiając się mężczyźnie. - Mhrmmm, tak…
- Rozłóż szerzej nogi - podpowiedział mi mężczyzna, rozpinając wolną ręką guziki swojej koszuli. Bezwiednie wykonałem polecenie. - Wsuniesz się na mnie? - spytał niskim głosem, a ja w odpowiedzi tylko zamruczałem cicho.
Uniosłem się nieco, żeby mieć większą kontrolę nad tym, co robię. Chwyciłem nabrzmiałego członka Soujirou i powoli opadłem na niego, wsuwając się niemal aż po nasadę. Aż syknąłem, gdy po raz pierwszy od dłuższego czasu moje ciało przeszedł dreszcz tego tak charakterystycznego bólu. Wziąłem dwa głębokie oddechy, starając się rozluźnić.
- Hei, wszystko w porządku? - spytał Souji, a ja popatrzyłem na niego przeszklonymi oczyma.
- Ta… tak… - wystękałem w końcu, oparłem dłonie o podbrzusze mężczyzny i powoli zacząłem się poruszać. Soujirou pozwolił mi przez chwilę robić to, na co miałem ochotę, głaszcząc tylko mój brzuch i klatkę piersiową. Coraz szybciej podnosiłem się i opadałem, czując, że jestem coraz bliższy spełnienia. Po takim poście nie, trzeba mi było dużo, żeby...
- Nie tak szybko, mój mały lisku - wyszeptał nieco drżącym głosem, przytrzymując mnie w górze. Popatrzyłem na niego półprzytomnym wzrokiem, a on tylko uśmiechnął się zawadiacko i zsunął mnie na kanapę. Wstał, ściągnął do końca spodnie i pokierował mnie, sadzając na podwiniętych nogach przodem do oparcia. Przejechał dłonią po moim wilgotnym od potu udzie, a ja bezwiednie rozłożyłem szerzej nogi.
Wszedł we mnie ponownie, całując moje plecy i bawiąc się od niechcenia sutkiem.
- Ta-ak! - szepnąłem, opierając się barkiem o kanapę i sięgając ręką swojego pulsującego penisa. - Soujiiiii...
- Krzycz - wymruczał w odpowiedzi, przygryzając skórę na moim karku. - Niech całe osiedle cię słyszy.
- Ta-a-oh!-ak!... Souji, a!-a-ah! - spróbowałem się obrócić,żeby pocałować kochanka, ale ten skutecznie mi to uniemożliwił wsuwając dwa palce w moje usta. Nie myśląc, co robię, zacząłem lizać jego rękę. - Ta-a, jeszcze... Tak! Proszę, So-ouji, Ta-AK! -krzyknąłem, dochodząc. Moje nasienie rozlało się po moim brzuchu i na kanapie. - Souji, jeszcze... - wychrypiałem, gorączkowo łapiąc oddech. - Dojdź we mnie, ah!
Soujirou wykonał jeszcze kilka szybkich pchnięć i poczułem w sobie jego spermę. Mężczyzna opadł na moje plecy, dysząc, pocałował mnie w kark i wysunął się, siadając tuż obok.
- S-souji? - wydyszałem, starając się złapać oddech. Aż lepiłem się od potu i własnej spermy, ale nie przeszkadzało mi to teraz. Przerzuciłem włosy na jedno ramię, żeby chociaż trochę widzieć swojego próbującego teraz ustabilizować oddech kochanka.
- Tak, mój mały lisku? - Soujirou pogłaskał wierzchem dłoni moją chaotycznie podnoszącą się i opadającą klatkę piersiową. Podniosłem wzrok i zobaczyłem na niego twarzy spełnienie.
- Co ty na to, żebyśmy się tutaj przeprowadzili z powrotem? - spytałem, opierając głowę o jego szeroką klatkę piersiową. - Tak już sami i na stałe.
- Z tobą?  - spytał, a ja kiwnąłem niepewnie głową. - Z tobą mogę mieszkać nawet i w namiocie.
-----------------------------------------------------------------------------------
Zdążyłam! Nie byłam tego pewna znad kartek i karteluszków szału sesyjnego, ALE JEST. W poniedziałek mam pierwszy egzamin (z topologii), trzymajcie za mnie kciuki. W piątek algebra, a nad wszystkim unosi się ogólny duch algorytmiki, geometrii poeuklidesowej i poprawki z analizy. To będzie wyjątkowo paskudny luty. Ale jakoś damy radę.
Jak już pewnie niektórzy z Was zauważyli, w harmonogramie pojawiła się rozpiska rocznicowa. Tak, nasz blog ma już prawie rok! Sama nie do końca wierzę w to, że udało mi się jakieś opowiadanie blogowe utrzymać przy życiu tak długo, ale bynajmniej nie żałuję tego. Zgodnie ze staropolską, świecką tradycją NC, pojawią się OnO, prawdopodobnie takie, jak na półrocznicę oraz Wielkie Wyzwanie Potrójne Kombo - WWPK. O co chodzi? O to, że będę publikować przez trzy dni pod rząd pełne teksty z serii Skaz na Futrze. Wiem już na pewno, że jeden będzie dotyczył "trudnego dzieciństwa" Heia, a jeden jego początków w Kurokoi. Co do trzeciego, muszę sobie to jeszcze przemyśleć, jestem otwarta na propozycje. Co w tym z wyzwania? Że poza pomysłami nie mam ani zdania czystego tekstu.
Jeszcze dzisiaj pojawi się kolejna, barokowa już, playlista. Wstawię też nowe zdjęcia do galerii, o których mówiłam już tydzień temu.
 

sobota, 21 stycznia 2017

Anima V.2

- Przecież to czyste szaleństwo! - Dmitri uderzył pięścią w stół. - I tak nawet nie mamy poparcia większości, w piątkę możemy co najwyżej podłubać sobie w zębach.
- Więc co, do kurwy nędzy, czekamy, aż nas wybiją?! - syknąłem przez zaciśnięte zęby.
- Nie, kurwa, lepiej radośnie polecieć do najbliższej gazety i…
- Dmitri ma rację - przerwał mu spokojnie Shiriki. - Cokolwiek by nie mówić, mamy pod sobą jedynie lykantropów i kilku pozostałych Genusmuto, a nie większość. Nie możemy decydować za wszystkich.
- Można spróbować przeprowadzić większe mediacje - dodała Abequa. Był to chyba jeden z nielicznych przypadków, gdy poglądy bliźniąt nie pokrywały się ze sobą w zupełności. - Horacio-sama dysponuje dość szerokimi znajomościami, na pewno uda nam się dotrzeć do głównych przedstawicieli Genusmuto.
- No właśnie - uśmiechnąłem się szeroko. - Shiwataka też na pewno podrzuci mi trochę kontaktów, może Leo ma jeszcze jakieś stare znajomościl.
- Jaki znowu Leo? - widziałem, że z Dmitrija chociaż trochę zeszła już pierwotna złość, chociaż wciąż był sceptycznie nastawiony do mojego pomysłu. Poniekąd mu się nawet nie dziwiłem. W końcu współdziałanie zmiennokształtnych z ludźmi nie było precedensem, a cholera jedna wie, ile procent mnichów jeszcze wierzyło w to, co podobno ma rezydować w ich światyniach.
- Leonadro Leggio - odpowiedziałem, sylabizując wyraźnie. - Lepiej teraz? Syczylijczyków bym póki co nie mieszał w to wszystko, ale w końcu Leo pilnuje interesów w okolicy Kyoto, więc kto go tam wie.
- Ten Leggio, czy obrodziło ostatnio fanami mafii? - bastetti zerknął na mnie znad telefonu. - Tanya chce z tobą potem porozmawiać. Nie wiem, o czym.
- Ten Leggio. Ojciec Leo był bratem Lucaino [Luciano Leggio - jeden z najsłynniejszych sycylijskich mafiosów, capo di tutti capi; przyp. aut.] - odpowiedziałem, a Dmitrijowip aż oczy zabłyszczały na tę wiadomość. Wbrew pozorom, Leo nie był aż tak podobny do stryja. A już na pewno nie lubił przesadnie obnosić się ze swoim pochodzeniem. Z małymi wyjątkami. - Co do Tanyi, to nie ma problemu. Jak jesteś z nią teraz na linii to napisz, że po zebraniu przedzwonię.
- Wracając do tematu - chwilę ciszy przerwała Abequa. - Możemy z Shirikim puścić wśród Wilków polecenie, żeby poprzekazywali wiadomości wśród swoich znajomych. Głuchy telefon czasami daje lepsze efekty niż skoordynowane działanie.
- Nie zapominacie przypadkiem o czymś? - prychnął Dmitrij. - Załóżmy, że jakimś cudem pójdzie nam w Tokio tak, jak to sobie Hei założył. Łowcy byliby idiotami, gdyby próbowali siłować się ze słupem wbitym metr wgłąb, więc przeniosą się na inne miasta z zamiarem wrócenia tu, jak załatwią wszystko w okolicy. Powiedzmy, że jakoś pociągniemy to na całą Japonię. I co dalej? Rozbijemy zasieki, żeby przez przypadek nie popatrzyć na drugą stronę oceanu? Czy może chcesz zostać jakimś pierdolonym królem świata i rozpętać ogólnoświatową rewolucję, co?
- Mi tam pasuje - odparł wesoło Nicholas, opierając podbródek o zaplecione ręce. Nie spodziewałbym się, że to on będzie dzisiaj chciał sprowokować kłótnię. - Może przynajmniej będzie ciekawie przez parę miesięcy.
- Nie drażnit, worobej - syknął Rosjanin, tracąc kontrolę nad używanym językiem. Żadko kiedy zdażało się, by Dmitrij był na tylke wściekły, by przestawić się na ojczysty język. Zerknąłem na bliźnięta, ale oboje siedzieli bez słowa, przysłuchując się tylko bez cienia wyrazu na twarzy. - Co ty, kurwa, myślisz? Że jakiś niezrównoważony psychicznie szczeniak zostanie zbawicielem narodów? Bliźniaki, które mają w dupie wszystko, co nie dotyczy ich lub kilku innych pchlarzy? A może ty, co? Nie, czekaj, wiem! Niebiosa się rozstąpią i pojawi się jakaś kurwa na białym koniu, zrobi „bu” i Łowcy sami spierdolą. Niet? No smotrij, co za pech! Jak się chcecie zarzynać, to własnym zakr…
- Dmitri, dosyć! - przerwałem mu ostro. Nie chciałem uciszać go tylko dlatego, że nie podobał mu się pomysł, ale powoli zapędzał się za daleko. - Koniec zebrania na dzisiaj, wrócimy do tego po pełni.
- A co, nagle nie wiesz, co powiedzieć? - syknął wyzywająco Dmitrij, ale zignorowałem go.
- Macie czas we wtorek o zwyczajowej porze, czy ktoś już coś zaplanował? - spytałem zamiast tego, patrząc wyczekująco na bliźnięta.
- Pasuje, przejrzymy materiał na kartkówkę dzień wcześniej - orzekła Abequa, skinąwszy lekko głową.
- Znasz mój grafik. Postaram się wyrobić na posesji do południa.
- A ty, Dmitri? - popatrzyłem na bastettiego. Wciąż był wściekły, ale nie mogłem nic na to poradzić.
- Ja jeszcze z tobą nie skończyłem - syknął.
- Ja też nie - uśmiechnąłem się lekko i podszedłem do chłopaka. - Ale musimy przemyśleć to, co już tutaj padło i wyciszyć emocje. Obaj. To jak? - Dmitrij tylko skinął ugodowo.

Zerknąłem kolejny już raz na wyświetlacz. W dalszym ciągu nie dostałem znaku życia od Soujirou. Przeszedłem nerwowo przez salon, po raz tysięczny patrząc na zegar. 20:07. Spóźniał się już ponad godzinę.
-  Kurwa mać! - cisnąłem komórką w fotel, a ta odbiła się od siedziska i wylądowała na posadzce. Nawet nie chciało mi się sprawdzać, czy jest jeszcze do odratowania. Przecież powiedział, że będzie! Gdybym chociaż wiedział, co się mogło… Nie, Hei, nie panikuj. To na pewno wina korków lub cieknącego zlewu.
Chyba jeszcze nigdy nie czułem się tak podenerwowany i nie na miejscu w swoim własnym domu. Przez tyle czasu wykłócałem się z tą starą kurwą, żeby go odzyskać. Teraz, gdy wreszcie mogłem z uniesioną głową powiedzieć „mój dom”, czułem się jak intruz. Myślałem, że na nowy początek nadpiszę nieprzyjemne wspomnienia tymi ekstatycznie przyjemnymi. Jak zwykle skończyło się na planach.
Przeszedłem jeszcze dwie długości salonu i w końcu podszedłem zebrać szczątki telefonu. Szybka popękana tak, że chyba tylko siłą przyzwyczajenia pozostała na miejscu, a klapka zatrzymała się dopiero pod przeciwległą ścianą. Mlasnąłem językiem z niezadowoleniem i spróbowałem uruchomić telefon. Ekran rozbłysnął kilka razy białym, przyćmionym światłem i w końcu zupełnie się wygasił. No to pięknie! Teraz to już zupełnie nie będę wiedział, co się dzieje. Wrak ponownie wylądował na ziemi, szkło wreszcie się rozpruszyło na tysiące drobniusieńkich kawałeczków rozsianych po całych panelach.
- Noż kurwa mać! - syknąłem, wściekły na wszystkich i wszystko w zasiegu kilometra. A najbardziej na siebie. Gdybym tylko nie zachował się jak ostatni debil i nie rozpierdolił jedynego  urządzenia, z którego mogłem się skontaktować z Soujirou. Co ja teraz, do kur… stacjonarny. Może Sano-ojisan ma numer Soujiego i jakoś się dodzwoni.
Podniosłem się z klęczek i przeszedłem na korytarz. Przy schodach, ukryty pod zarośniętą papryką, wisiał stary telefon stacjonarny. W zasadzie jeszcze za życia ojca raszpa chciała się go pozbyć, ale ojciec powtarzał wtedy „Nigdy nie wiadomo, co się może stać z nowoczesną technologią, a kontakt ze światem trzeba mieć. ”. Nawet nie wiedział, jak bardzo popierdoloną sytuację przewidział.
Przez chwilę próbowałem sobie przypomnieć numer do prawnika. W końcu doszedłem do wniosku, że byłem już prawie pewny poprawnej wersji. 831-272… Coś trzasnęło w zamku drzwi wejściowych. Jeszcze tu, kurwa, złodziei brakuje.
Odłożyłem słuchawkę i szybko rozważyłem za i przeciw ucieczki. Zbytnio mnie nosiło, żebym teraz się bał jakiś  Lepkich Bandytów. Sięgnąłem na palcach po doniczkę z paprotką i czekałem. Na szczęście była już mocno zasuszona, a więc i lekka. Na myśl o wszystkim, co przeszłem przez tę pierdoloną doniczkę doskonale rozumiałem Janette. Może chociaż raz chwast zrobi coś pożytecznego.
Drzwi powoli  zaczęły się uchylać.

sobota, 14 stycznia 2017

Anima V cz.1

Jak ma mi się poprawić humor, to prosto do Mitsukoshi. Poza tym zabukuj mi kolację  Park Hyatt.

Pan Shiwataka chciałby wiedzieć, czy mógłby z panem porozmawiać po kolacji, panie Guyie.

Historia wynagradza jedynie odważnych i zdeterminowanych.




 


- …vilo tutto, bevi(hic!)lo tutto! Se l'e' bevuto tutto, e(hic!) non gli ha fatto male, hic! - Lilly omal nie spadł mi z ramienia, gdy machnął niespodziewanie ręką, trzaskając mi nią w zęby. I dlaczego ja się dałem wto wmanewrować… Tłukliśmy się jak ostatni idioci środkiem 3-chome pomiędzy apartamentowcami wysokiej klasy. Na oko licząc, dobiegała czwarta nad ranem i chyba tylko cud sprawił, że przez tego idiotę nie siedzieliśmy jeszcze za kratkami lub na wytrzeźwiałce.
Naprawdę żałowałem, że podsunąłem Lilly’emu i Fugace ten przeklęty pomysł na konkurs picia i piosenki pijackiej. Na początku było śmiesznie, nawet Hori-chan dorzucił coś z, kaleczonego pewnie na wszelkie możliwe sposoby, hinduskiego repertuaru. Ale potem… potem wepchnięto mnie, jako jedynemu niepijącemu, trójkę narąbanych w sztok facetów z poleceniem, że mam ich porozwozić do domu. Kurwa, ja! Tego jeszcze nie grali, żeby Hei, najsłynniejszy kociak Kurokoi, musiał zajmować się dorosłymi ponoć ludźmi. Z WallE’m jakoś mi poszło, głównie dzięki temu, że mieszkał z czwórką rodzeństwa i jego starsi bracia dosłownie wrzucili go do domu. Potem przyszła kolej na Haradę. O ile samo odprowadzenie i wpakowanie do łóżka śpiącego już na stojąco czterdziestolatka nie było dużym wyzwaniem, o tyle zostawiony w tym czasie w taksówce Lilly zdążył w międzyczasie zarzygać tapicerkę i napluć na taksówkarza, za co tłumaczyć się musiałem ja. Miny kierowcy po moim powrocie nie sposób opisać. Chyba będzie mi się śnić po nocach jeszcze przez następne miesiące.
- Lilly, do kurwy nędzy, teraz ci się zebrało na śpiewy - syknąłem, próbując wstrząsnąć jakoś wiszącego na mnie mężczyznę, by choć na chwilę się zamknął. Światowiec zasrany jeden...
- Aaaaa, tymieniewyzywaj. Tymnieniewyzywaj! - prychnął buńczucznie na jednym wydechu, stając o własnych siłach na sztywnych, szeroko rozstawionych nogach. - Bo ja się tak łatwo nie dam. JA, kur(hic!)wa, ja sam żem wygrał z Tanochim na to-o-o-ej! - wrzasnął, gdy nagle jakaś siła pociągnęła do tyłu.
- No tak, nie oduczysz ryby pływać - stwierdził jakiś męski, niski głos. Dopiero po chwili w półmroku udało mi się dostrzec właściciela tego głosu.
- P-pan Daniel… - stwierdziłem, sam nie wiedząc, czy lepiej udawać martwego, grać głupa, czy uciekać. - Co pan robi tak wcześnie już na nogach?
- Nie dało się do was dodzwonić, wiec podejrzewałem, że zabalowaliście gdzieś znowu. Widzę, że ta moja piękniejsza połówka znowu przesadziła, co? - westchnął mężczyzna, gładząc włosy pijanego. - Już zaczynałem podejrzewać, że coś mu się stało skoro tak długi czas dzień w dzień jest prawie trzeźwy - stwierdził z lekkim uśmiechem.
- Ostatnio trochę się zmieniła sytuacja i już nie pijemy tyle - mruknąłem, nie do końca czując się komfortowo. Wiedziałem, że Daniel wie o mnie pewnie więcej niż bym przypuszczał, ale i tak w życiu nie przeprowadziłem z nim jednej dłuższej rozmowy. Nie, żebym widział ku temu jakieś powody.
- Nie musisz być aż taki speszony - Daniel zachichotał i chwycił mruczącego coś pod nosem Lilly pod pachami, żeby nie wyślizgnął mu się z dłoni. - Nie takie rzeczy widziałem u aktorów. No, ale pewnie chciałbyś wrócić już do domu, nie zatrzymuję cię. Podrzuciłbym cię do domu, ale muszę się nim zająć. Lillith, pożegnaj się grzecznie i idziemy.
- No aaale, ja NIGDZIE (hic!) nie idem - wyburczał młodszy z mężczyzn, wydymając usta niczym dziecko. Lilly miał mocną głowę, ale jak już przekroczył magiczną czerwoną linię, robił się nieznośny. Ja zresztą też, w dodatku miewałem napady pasywnej agresji. Różnica miedzy nami była taka, że Lilly zupełnie nie pamiętał tego, co robił pod wpływem procentów, a ja niestety tak. - Cho, futrza(hic!)sty, napijemy się jeszcze.
Na moje szczęście Daniel zaciągnął jakoś Lilly’ego bez większych awantur, więc wróciłem do taksówki. Niemal przez całą drogę kierowca patrzył na mnie jak na odmieńca, co chwilę sprawdzając, czy aby na pewno nie zapaskudziłem mu tapicerki jeszcze bardziej. Wolałem zapłacić mu sumkę praktycznie dwukrotnie większą niż koszt przejazdu i nowego obicia, żeby nie mieć problemów w przyszłości.
Zapłaci mi za to Lilly, oj zapłaci. Tego byłem pewny. Jak nie gotówką, to w naturze.

Prześlizgnąłem się przez salon, starając się być jak najcichszym.  Psi słuch Xiaogou okazał się lepszy niż można było przypuszczać i nie zdążyłem jeszcze dobrze wejść do apartamentu, gdy powitało mnie warczenie i para brązowych ślepiów. Na szczęście nie zbudziliśmy drzemiącego na kanapie Soujirou.
Uśmiechnąłem się lekko, zerkając na spokojną twarz wtulonego w poduszkę na kanapie kochanka i wszedłem do pokoju. Zerknąłem na zegarek. Dochodziło w pół do szóstej, a przez okno widać było pierwsze promienie wschodzącego słońca. Dopiero, gdy zobaczyłem własne łóżko, poczułem, jak bardzo jestem śpiący.
- Xiaogou, obudź mnie, jak Souji wstanie - poleciłem przyglądającemu mi się przed szparę w drzwiach psu i wsunąłem się pod kołdrę nawet się nie rozbierając. Długo na sen nie musiałem czekać.

Zerknąłem na ekran telefonu. Byłem niemal spóźniony na spotkanie, o które sam pisałem. Nicholas mnie pewnie zabije. Zerknąłem przez ramię na lustro w przedpokoju żeby się upewnić, czy wyglądam jak należy i miałem już wychodzić, gdy zatrzymał mnie Soujirou.
- Przez to, że czekałem na ciebie całą noc, skończyłem pierwszopis i mam co najmniej tydzień wolnego - stwierdził niby od niechcenia, a ja aż zacisnąłem mocniej palce na klamce, żeby powstrzymać się od odruchu. Wziąłem głęboki wdech, żeby uspokoić się.
- W takich razie wyśpij się, kochanie. Powinienem się pojawić przed piątą, ale nie czekaj na mnie z obiadem - to stwierdziwszy, parowałem od razu na korytarz, żeby uciec od rozmowy. Wiedziałem, że nie tego ode mnie oczekiwał. Czy byłem głupi? Ależ oczywiście, że tak. Ale nie miałem większego wyboru, nie ufałem swojemu wewnętrznemu hamulcowi.
Zatrzasnąłem za sobą drzwi i wszedłem do windy. Byłem może w połowie drogi w dół, gdy zadzwonił mój telefon. Nie musiałem patrzyć na wyświetlacz, by wiedzieć, że to Nicholas.
- Minutę, jestem w windzie - oznajmiłem, nie tracąc czasu na przywitanie. W ogóle rzadko kiedy witaliśmy lub żegnaliśmy się z Nicholasem. Chyba zbyt długo czasu się widzieliśmy i zbyt dużo mieliśmy zajęć, by przejmować się takimi drobiazgami.
- Miałeś być prawie dziesięć minut temu - zauważył Nicholas znużonym tonem. Chyba zaczynał się już przyzwyczajać do mojego wiecznego spóźnialstwa. - Jak cię nie zobaczę za minutę, to ci normalnie…
- To co? - spytałem zaczepnie, odsuwając słuchawkę od ucha i machając Nicholasowi w otwartych już na oścież drzwiach. - Przecież mówiłem, że jadę, tak? - rzuciłem lekko, przygryzając język.
- Masz szczęście, że cię znam i kazałem przyjść kwadrans wcześniej - westchnął mężczyzna, otwierając drzwi lincolna i wsiadł za kierownicę.
- No widzisz. A ty ciągle narzekasz - zachichotałem, zajmując miejsce na przednim siedzeniu. - Dzięki mnie nie będziemy czekać na wszystkich w akompaniamencie twojej kłótni z Dmitrim.
- Nie wiem, co sugerujesz, ale to nie moja wina - stwierdził krótko i odpalił. Dalej rozmowa zanikła.
-------------------------------------------------------------------------------
Wiem, że już ostatnio nie było rozdziału, ale zepsuł mi się dysk, na którym trzymałam pliki i musiałam wszystko pisać od nowa. Myślałam, że zdążę się wyrobić, ale w ramach uzupełniania brakujących godzin zarówno w piątek jak i sobotę musiałam siedzieć na dodatkowych zajęciach na uczelni, a doba uporczywie nie chciała się wydłużyć. Wiem, że to nie wytłumaczenie, ale musicie mi wybaczyć, że dzielę Animę V na dwie części. Część druga i ostatnia za tydzień w ramach "nowego rozdziału". W ramach rekompensaty postaram się wstawić nowe obrazki do galerii.
Co do mojego ostatniego postu, mam nadzieję, że nie był on aż tak straszny estetycznie. Nie chcę go usuwać, mimo zupełnie nie pasuje do reszty bloga, ale chyba niewstawienie go w spisy treści wystarczy. Dla ciekawych - fala śnięć w akwariach się zatrzymała, a być może nawet proporczykowce podejdą mi wkrótce do tarła.